"Musisz być w świetnej formie skoro tyle jeździsz" - myślę, że każdy kurier słyszy to co najmniej kilka razy dziennie. Mimo naszych twardych mięśni nóg czy tak naprawdę jesteśmy w dobrej kondycji? Czy Ewa Chodakowska może się schować przy kurierach z Londynu?
Adam kiedyś powiedział, że kurierzy faktycznie byli by super "fit" gdyby nie nasz sposób odżywania. Oczywiście, każdy kurier jest inny i jest sporo takich, którzy odżywają się zdrowo a nawet nie piją piwa (?!). Ale potraktuję nas teraz dość ogólnie. Otóż niestety, przez to, że ciągle jesteśmy w biegu często sięgamy po tak zwane śmieciowe jedzenie. Na wstępie dodam, że tutaj większość jedzenia, które będę opisywać nie jest traktowana jako śmieciowe. Wierzcie mi tutaj wasze wymagania wobec jedzenia mocno spadają. Kiedyś myślałam, że fasolka w sosie pomidorowym na śniadanie to paranoja. Teraz? Jajka z fasolką.... mmmm.... już wiem, co zjem rano!
Jednym z najlepszych przyjaciół kurierów jest sieć kawiarni Prett Manager. Jest znacznie tańsza niż Starbucks i mają lepsze jedzenie. Najtańsza kawa w Prett kosztuje 99 pensów. Filtrowa czarna lub z mlekiem. Kawa to nasze paliwo. Kiedyś Atis powiedział mi, że kawę i kurierów łączy magiczny związek. Modne są kawiarnie w stylu "rowerowym", z serwisem jak np. Look mum no hands. No i bariści. Już nawet w Warszawie zauważyłam, że większość z nich ma fioła na punkcie rowerów. Ale do rzeczy. Otóż Prett oferuje sporo dobrego jedzonka w całkiem rozsądnej cenie więc jak nie mam czasu żeby usiąść i zjeść wpadam tam i kupuje wrapa z avocado i czymś tam jeszcze i zjadam jadąc. Jak z kasą kiepsko (czyli prawie zawsze), zamiast do Prett'a idę do Tesco. Szczególnie jak dopada mnie taki mniejszy głód lub pada. Tam mają dział z ciepłymi kanapkami. Tutaj bardzo popularne są wszelkiego rodzaju dziwactwa jak np. ciasto ala francuskie z białą kiełbasą w środku lub plasterkiem steka. Wiem, że to brzmi okropnie ale wierzcie mi... pycha! Kupujesz takie coś, bierzesz w łapę, zjadasz i od razu dzień staje się lepszy. Wszelkie fastfoody... mcDoland czy Subway. Zwykle w piątek gramy z Adamem w grę, którą wymyśliła Rosa. Za każdego kuriera, którego znamy i zobaczymy na drodze tego dnia dostajesz 1 punkt. Jak widzimy się wzajemnie to dostajemy extra po 2 punkty. Jeżeli widzisz tego samego kuriera kilka razy to za każdy następny 0.5 punkta. Na Leather Lane po pracy podliczamy swoje punkty i przegrany kupuje kanapki w Subway'u. Zawsze bierzemy to samo - dwa razy "italian BLT" na tym serkowym pieczywie. Dla Adama z sałatą, kukurydzą i pomidorem, dla mnie z sałatą, ogórkami, pomidorem i czarnymi oliwkami. Napoje gratis ale zwykle mamy w kieszeniach piwo. No właśnie. Alkohol. Nie oszukujmy się, piwo tuczy i to bardzo. Ja nie pije codziennie ale chłopaki ZAWSZE po pracy wypijają przynajmniej jedną puszkę. Są weekendy, że ciągle coś się dzieje, jak ostatnio - tu grill, tu zawody. Kilka piwek na słoneczku a mięsień piwny rośnie. Potem jedziemy na pizze to New York Fold, potem jakieś lody...
A właśnie. Cukier. Teraz jak o tym pisze to zjadam tosta z dżemem. Ktoś kiedyś powiedział, że rower to maszyna napędzana cukrem i powietrzem. I jest to cholernie celne stwierdzenie. To może zrozumieją bardziej kobiety... bo gdy kobieta ma "te dni" ma straszną ochotę na słodkie. OGROMNĄ. To kurierzy mają coś takiego cały czas. Connor zjada tyle tabliczek czekolady, że kupuje w Sainsburym najtańsze bo na Cadburry nie chce już tyle wydawać. Ostatnio stwierdził, że je za dużo więc zamiast czekolady je batoniki Snickers. Twierdzi, że są zdrowe bo przecież mają orzeszki. Wspominałam, że codziennie na Leather Lane zamykają Gregg'sa i można wziąć kanapki za darmo? Rozdają też pączki, croissanty i różne inne wypieki. Zawsze biorę słodkie! Mam nawet swoje ulubione punkty kupowania wypieków. Jak mam pick up z Whitfield Street to za rogiem jest takie urocze Tesco z ogromnym działek świeżo pieczonych ciastek. Zawsze kupuje tam a to pączka, a to croissanta albo mojego ulubionego cynamonowego zawijasa z lukrem. Jak pada deszcz a ja nie mam zleceń to nie ma nic lepszego niż usiąść w Prett'cie zamówić te tanią kawkę i zjeść czekoladowego croissant'a. W Sainsburym natomiast mają sześciopak pączków takich ala nasze polskie z dżemem za 70 pensów. One ratują życie nie raz! Od razu dodam, że to nie jest tak, że nie staram się jeść zdrowo. Serio bardzo się staram! Ale jako kurier jesteś po prostu WIECZNIE głodny. Żeby wam to uzmysłowić opiszę jak pod kątem jedzenia wygląda mój dzień:
6.30 rano: wstaje, wypijam gorącą wodę z cytryną, parzę kawę we french pressie, robię śniadanie i jedzenie na póniej
7.00: jem śniadanie. Zwykle są to: dwa tosty ciemnego pieczywa, dwa smażone jajka na oliwie z oliwek, jakieś warzywa, sałata lub rukola, ser, szynka. Wiem, że wydaje się to strasznie dużo ale wierzcie mi... jak nie najecie się przed kilku godzinną jazdą to zaraz będziecie głodować!
9.00: jak nie mam zleceń piję kawę. Darmową w Waitrose lub tę za 99 pensów w Prett, jak jestem przy kasie to kupuje coś słodkiego do kawki.
12.00-12.30: dopada mnie mały głód niczym ten żółty potworek z reklamy Danone. Biega za mną jak pedałuje przez miasto. Zjadam jabłko lub batonika, ostatnio staram się kupować batoniki typu flap jack. To takie pseudo zdrowe, ziarniste cuda.
14.00-15.00: jestem strasznie głodna. Zjadłabym konia z kopytami. Czasem trafia mi się chwila przerwy w tym czasie więc zasiadam w parku i pałaszuje na trawie. Jak nie to zjadam pomiędzy zleceniami. Stojąc dosłownie na chodniku przy rowerze. Co robię sobie na lunch do pracy?
Zwykle jest to ryż, kasza lub makaron z warzywami. Np. mozarella, suszone pomidory, makaron, szpinak. Albo jak dziś: makaron, tuńczyk, majonez light, kukurydza i sałata.
17.00: znowu burczy mi w brzuchu. Zwykle o tej porze mam sporo pracy więc staram się zignorować głód tym bardziej, że może uda mi się wyrobić na zamknięcie Gregg'sa i dostać coś za free. Jak wiem, że to na pewno nie nastąpi kupuje coś w sklepie i zjadam jadąc.
19.00: jeżeli nie jestem na Leather Lane to gotuje coś w domu. Czasem nie jest to nic wyszukanego. Dziś miałam frankfuterki (jeszcze z Polski od taty!), pomidor, sałata i bagieta. Wczoraj: rybka, ziemniaki i groszek. Czasem po prostu zjadam ciepłego, cynamonowego bajgla. Chyba, że moi współlokatorzy coś upichcą. Timi robi świetne azjatyckie zupy ( jest z Tajwanu) a Cezar najlepsze makarony (jest z Hiszpanii).
Po 20'tej staram się nie jeść ale różnie to bywa. Idę spać około 22 i jak pomyślę sobie ile dziś zjadłam to mnie to przeraża. Ale z drugiej strony - kurierzy nie tyją. Pewnie, że kilogramy spadałaby jak szalone gdybym trzymała się jakiejś diety ale to jest nie możliwe. Potrzebujemy paliwa! Piwa? ;)
sobota, 21 maja 2016
poniedziałek, 9 maja 2016
rowery i charaktery
Tak jest! Przyszło! Po długiej na szczęście nie zbyt chłodnej zimie, totalnie omijając wiosnę przyszło lato. Zaskoczyło nas kurierów niczym zima kierowców co roku w Polsce. Pogoda jest absolutnie fantastyczna. Pomijając dzisiejszą chwilową ulewę. Ręce, kark, nos i nogi mam lekko przypieczone słońcem. Miniony tydzień był ogólnie kompletnie na opak. Ominą nas poniedziałek z powodu bank holidays, we wtorek zrobiliśmy sobie mały piątek czego żałowaliśmy w środę rano. Czwartek przeleciał jak szalony a piątkowa noc zakończyła się w sobotę późnym popołudniem.
Ale właśnie, te piątkowe, wtorkowe które kolwiek "owe" szaleństwa były by niczym gdyby nie ludzie! Kurierzy mam na myśli. To ludzie kompletnie oderwani od rzeczywistości. Bo przecież kto normalny pracował by w taki sposób? Nadstawiać karku dla czyjegoś kontraktu, pudełka czekoladek, koszuli od Hawikes czy tam cudzego paszportu?! Wiecie, no trzeba być lekko nienormalnym. Ja osobiście uważam, że z kurierami i naszą pracą ogólnie to jest jak z kozim serem. Można to kochać albo nienawidzić. Rozumiecie? Nie da się troszkę lubić koziego sera, ma zbyt charakterystyczny smak, który dla sympatyków tego produktu jest rozkoszą podniebienia dla reszty natomiast ( w tym mnie) smakuje jak koza dosłownie. Tak samo nie da się troszkę lubić takiej pracy, nie da się troszkę lubić tych ludzi. Chyba, że kompletnie nie zdajesz sobie sprawy z ich istnienia jak ja kiedyś. Wtedy oczywiście są ci obojętni. Każdy z nich jest kompletnie inny jednak sporo nas łączy. W zasadzie nigdy nie spotkałam tak szalonych, kreatywnych a jednocześnie porąbanych ludzi. Zawsze wiedziałam, że przyciągam takich wariatów bo sama nie jestem normalna ale tutaj to zdecydowanie osiągnęło inny wymiar. Jednym z najbardziej charakterystycznych osób w tym zacnym gronie jest BBQ Mike. Barbie - bo tak go większość z nas nazywa pochodzi z Australii. Nikt do końca nie wie ile ma lat ale sądząc po zmarszczkach i jego historiach ale chyba ze 40. Jest szczupły, niski i rudy. Mieszka na squcie z innymi kurierami. Szczerze mówiąc to najbardziej szaloną rzeczą w BBQ jest to, że on w ogóle jeszcze życie. Bardzo rzadko zdarza mi się widzieć go trzeźwego. Podobno ma zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych aż do 2026 roku. Wiem, że pracował tam jako kurier ale nie wiem co przeskrobał. W zeszłym roku chłopaki pojechali na mistrzostwa świata kurierów do Mediolanu. BBQ standardowo nie trzeźwiał. W dzień wyjazdu wszyscy widzieli go gdzieś leżącego pod schodami a miał wracać samolotem. Kilka godzin później jeden z kurierów zadzwonił do niego czy żyje. BBQ żył i już był w centrum Londynu w dodatku już lub wciąż nie trzeźwy. Jest to po prostu człowiek legenda. Jednocześnie jest dobrym kolegą. Zawsze daje mi karty z Gwiezdnych Wojen. Jak dostałam pracę to sprzedał mi tanio porządną, kurierską torbę. Nawet poznał moich rodziców! Żona mojego taty stwierdziła potem, że żałuje, że nie zrobiła sobie z nim zdjęcia.
Kolejnym z ciekawszych postaci jest Shane. Niestety wyjechał w marcu do Włoch po drodze żeniąc się ze swoją partnerką na Giblartarze czym zaskoczył nas wszystkich.
Shane również jest z Australii ale z nieznanych przyczyn mówi z amerykańskim nieco kaliforńijskim akcentem. Atis, kurier z Rygi stwierdził, że jak rozmawia z Shane'em to ma ochotę na woskować deski z kumplami i poserfować. Pamiętam, że Shane w odpowiedzi wybuchną śmiechem a potem dodał, że woskowanie desek to nie jest jakaś bardzo socjalizująca czynność, którą robi się z kumplami.
Z Shanem poznałam się w pewien grudniowy piątek na Leather Lane w czasie zawodów Alleycats, którym z pewnością poświęcę całą notkę bo to kolejny szeroki temat. Gdy chłopaki wystartowali, Shane rykną mi do ucha " co to za zawody dla kurierów bez kurierskich toreb". I tak to się zaczęło. Potem okazało się, że Shane poza byciem kurierem jest również tatuażystą i to świetnym! Więc, aktualnie mam całe przed ramię już przez niego wydziarane.
Ten człowiek nie tylko jest cholernie utalentowany w tej dziedzinie ale jest również bardzo uduchowiony ale broń boże nie religijny. Ma gigantyczny nos, długie włosy i ogólnie wygląda jak taki niedomyty włóczykij. Swego czasu jako kurier w Australii rozwoził kwiaty. Uważam, że to cholernie urocze. Wiecie, jak jedziesz z listem, umową, kontraktem czy wizą no to bądźmy szczerzy, nikt się nie ekscytuje poza ewentualnie samym sobą jeżeli wyrobiłeś się w dobrym czasie. Ale jak przywozisz kwiaty to wszyscy się cieszą. Bo to po prostu miłe dostać kwiaty. Brakuje mi tych głębokich rozmów o sensie wszechświata i pozytywnej energii jaką ludzie powinni nosić w sercach.
Prawdziwym człowiekiem zagadką jest Lennox. Nigdy nie pracował jako kurier i pewnie nigdy nie będzie. Ogólnie do końca nie wiadomo czym się zajmuje. Ktoś wspominał, że pomaga przy food markecie na Leather Lane w ciągu dnia. Nikt nawet nie wie gdzie Lennox mieszka i czy to faktycznie jego prawdziwe imię. Lennox po prostu jest przyjacielem kurierów, Full City i Leather Lane od lat. Zna się na rowerach. Jest fantastycznym kolegą i jednocześnie najgłośniejszym. Czasem ku uciesze chłopaków dzieli się trawką za darmo. Ku mojej uciesze natomiast czasem kupuje mi piwo. Zawsze nazywa mnie "miss star wars". Jest bardzo spostrzegawczy, mam wrażenie, że przez oczy zagląda mi prosto w serce. Jest też dość nerwowy, szczególnie po kilku/kilkunastu ciderach. W któryś kwietniowy piątek około godziny 17 było już sporo kurierów na Leather Lane. Jako, że było to dość wcześnie, wszyscy mieli jeszcze włączone radia w razie gdyby dostali zlecenie. Zrobiła się istna symfonia radiowa., która podziałała Lennoxowi na nerwy. "Czy wszyscy kurierzy, którzy nie mają ochoty już dziś pracować mogą wyłączyć radia?! Chce słyszeć wasze rozmowy a nie waszych kontrolerów!".
Mamy z Adamem jednego kolegę, starszego kuriera. Na imię mu Clym. Jest w wieku mojego ojca. Pracuje jako kurier ponad 30 lat! Poznaliśmy go za czasów gdy Adam pracował dla "Stuart'a" a ja w Deliveroo. Clym wygląda jak każdy inny kurier, jest nie za czysty, nosi spodnie 3/4, ma umięśnione łydki i mały piwny mięsień. Lekko siwawy ale w tym wieku to normalka. Clym również zachowuje się jak każdy inny kurier. Pije piwo, wiecznie gada o rowerach i przygodach na drodze. Ale! Chodzi o to, że Clym to jednocześnie zupełnie przeciętny rodzinny facet. Jak patrzy się na jego zdjęcia z fejsbuka to wygląda jak Kevin Spacey w filmie "American Beauty". Nosi koszulki polo, normalne spodnie. Pozuje do zdjęć z uroczą żoną i córeczką przy zamkach, knajpach i górach - typowe fotki z wakacji. Na fejsbuku wygląda po prostu jak każdy inny facet w tym wieku. Adam i ja czasem przeglądamy te zdjęcia, ja płacze ze śmiechu gdy Adam pokazuje mi zbliżenie na Clyma jedzącego krewetki w Barcelonie i mówi "uwierzysz, że ten człowiek jest kurierem od 30 lat?".
Żeby nie było, że ten nasz światek jest aż tak zdominowany przez facetów (a jest mimo wszystko) przedstawię wam chociaż jedną dziewczynę. Kurierek jest zdecydowanie nie wiele. Ja osobiście znam tyko kilka w tym siebie. Jednak jedną z najbardziej interesujących jest moim zdaniem Lajla. Co prawda z tego co czuje, ona za mną nie przepada ale nie będziemy się tym przejmować. Lajla pochodzi z Litwy. Jest chyba ciut starsza ode mnie. Przepiękna brunetka, ma kilka świetnych tatuaży i zawsze ciekawy makijaż. Poza tym, że pracuje jako kurier jest też mechanikiem w Full City. Jak wspominałam kurierek jest nie wiele ale kurierek, które pracują jako mechanik jest jeszcze mniej! Możecie sobie wyobrazić jakie ma powodzenie wśród klientów Full City i oczywiście samych kurierów. Myślę, że Georg poza tym, że szanuje ją jako świetnego pracownika, traktuje ją też troszkę jako maskotkę sklepu. Nie zrozumcie mnie źle, Lajla nie jest słodką, uroczą dziewczyną. Wręcz przeciwnie. To pewna siebie, dojrzała babka! Ale facetom miękną kolana jak wychodzi i pyta się w czym pomóc a jeszcze bardziej twardnieją inne rzeczy jak Lajla zabiera się na ich oczach za ich rower.
Na początku tego posta, napisałam, że każdy z nas jest inny ale sporo nas łączy. Chodzi o to, że część z nas pracuje w ten sposób bo nie chciała normalnego życia. Niektórzy tak jak ja, istnieli i ciągle czuli, że nie pasują. Myśleli, że odnajdą się jakoś w dzisiejszym systemie, że jakoś to będzie. Ale to nie dla nas. Tak jak nie da się nagle polubić koziego sera. Mamy szczęście, że robimy to co kochamy. I to właśnie nas scala. Pasja do rowerów, która jest zaraźliwa i odrobina szaleństwa ale z tym to już trzeba się urodzić.
Ale właśnie, te piątkowe, wtorkowe które kolwiek "owe" szaleństwa były by niczym gdyby nie ludzie! Kurierzy mam na myśli. To ludzie kompletnie oderwani od rzeczywistości. Bo przecież kto normalny pracował by w taki sposób? Nadstawiać karku dla czyjegoś kontraktu, pudełka czekoladek, koszuli od Hawikes czy tam cudzego paszportu?! Wiecie, no trzeba być lekko nienormalnym. Ja osobiście uważam, że z kurierami i naszą pracą ogólnie to jest jak z kozim serem. Można to kochać albo nienawidzić. Rozumiecie? Nie da się troszkę lubić koziego sera, ma zbyt charakterystyczny smak, który dla sympatyków tego produktu jest rozkoszą podniebienia dla reszty natomiast ( w tym mnie) smakuje jak koza dosłownie. Tak samo nie da się troszkę lubić takiej pracy, nie da się troszkę lubić tych ludzi. Chyba, że kompletnie nie zdajesz sobie sprawy z ich istnienia jak ja kiedyś. Wtedy oczywiście są ci obojętni. Każdy z nich jest kompletnie inny jednak sporo nas łączy. W zasadzie nigdy nie spotkałam tak szalonych, kreatywnych a jednocześnie porąbanych ludzi. Zawsze wiedziałam, że przyciągam takich wariatów bo sama nie jestem normalna ale tutaj to zdecydowanie osiągnęło inny wymiar. Jednym z najbardziej charakterystycznych osób w tym zacnym gronie jest BBQ Mike. Barbie - bo tak go większość z nas nazywa pochodzi z Australii. Nikt do końca nie wie ile ma lat ale sądząc po zmarszczkach i jego historiach ale chyba ze 40. Jest szczupły, niski i rudy. Mieszka na squcie z innymi kurierami. Szczerze mówiąc to najbardziej szaloną rzeczą w BBQ jest to, że on w ogóle jeszcze życie. Bardzo rzadko zdarza mi się widzieć go trzeźwego. Podobno ma zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych aż do 2026 roku. Wiem, że pracował tam jako kurier ale nie wiem co przeskrobał. W zeszłym roku chłopaki pojechali na mistrzostwa świata kurierów do Mediolanu. BBQ standardowo nie trzeźwiał. W dzień wyjazdu wszyscy widzieli go gdzieś leżącego pod schodami a miał wracać samolotem. Kilka godzin później jeden z kurierów zadzwonił do niego czy żyje. BBQ żył i już był w centrum Londynu w dodatku już lub wciąż nie trzeźwy. Jest to po prostu człowiek legenda. Jednocześnie jest dobrym kolegą. Zawsze daje mi karty z Gwiezdnych Wojen. Jak dostałam pracę to sprzedał mi tanio porządną, kurierską torbę. Nawet poznał moich rodziców! Żona mojego taty stwierdziła potem, że żałuje, że nie zrobiła sobie z nim zdjęcia.
Kolejnym z ciekawszych postaci jest Shane. Niestety wyjechał w marcu do Włoch po drodze żeniąc się ze swoją partnerką na Giblartarze czym zaskoczył nas wszystkich.
Shane również jest z Australii ale z nieznanych przyczyn mówi z amerykańskim nieco kaliforńijskim akcentem. Atis, kurier z Rygi stwierdził, że jak rozmawia z Shane'em to ma ochotę na woskować deski z kumplami i poserfować. Pamiętam, że Shane w odpowiedzi wybuchną śmiechem a potem dodał, że woskowanie desek to nie jest jakaś bardzo socjalizująca czynność, którą robi się z kumplami.
Z Shanem poznałam się w pewien grudniowy piątek na Leather Lane w czasie zawodów Alleycats, którym z pewnością poświęcę całą notkę bo to kolejny szeroki temat. Gdy chłopaki wystartowali, Shane rykną mi do ucha " co to za zawody dla kurierów bez kurierskich toreb". I tak to się zaczęło. Potem okazało się, że Shane poza byciem kurierem jest również tatuażystą i to świetnym! Więc, aktualnie mam całe przed ramię już przez niego wydziarane.
Ten człowiek nie tylko jest cholernie utalentowany w tej dziedzinie ale jest również bardzo uduchowiony ale broń boże nie religijny. Ma gigantyczny nos, długie włosy i ogólnie wygląda jak taki niedomyty włóczykij. Swego czasu jako kurier w Australii rozwoził kwiaty. Uważam, że to cholernie urocze. Wiecie, jak jedziesz z listem, umową, kontraktem czy wizą no to bądźmy szczerzy, nikt się nie ekscytuje poza ewentualnie samym sobą jeżeli wyrobiłeś się w dobrym czasie. Ale jak przywozisz kwiaty to wszyscy się cieszą. Bo to po prostu miłe dostać kwiaty. Brakuje mi tych głębokich rozmów o sensie wszechświata i pozytywnej energii jaką ludzie powinni nosić w sercach.
Prawdziwym człowiekiem zagadką jest Lennox. Nigdy nie pracował jako kurier i pewnie nigdy nie będzie. Ogólnie do końca nie wiadomo czym się zajmuje. Ktoś wspominał, że pomaga przy food markecie na Leather Lane w ciągu dnia. Nikt nawet nie wie gdzie Lennox mieszka i czy to faktycznie jego prawdziwe imię. Lennox po prostu jest przyjacielem kurierów, Full City i Leather Lane od lat. Zna się na rowerach. Jest fantastycznym kolegą i jednocześnie najgłośniejszym. Czasem ku uciesze chłopaków dzieli się trawką za darmo. Ku mojej uciesze natomiast czasem kupuje mi piwo. Zawsze nazywa mnie "miss star wars". Jest bardzo spostrzegawczy, mam wrażenie, że przez oczy zagląda mi prosto w serce. Jest też dość nerwowy, szczególnie po kilku/kilkunastu ciderach. W któryś kwietniowy piątek około godziny 17 było już sporo kurierów na Leather Lane. Jako, że było to dość wcześnie, wszyscy mieli jeszcze włączone radia w razie gdyby dostali zlecenie. Zrobiła się istna symfonia radiowa., która podziałała Lennoxowi na nerwy. "Czy wszyscy kurierzy, którzy nie mają ochoty już dziś pracować mogą wyłączyć radia?! Chce słyszeć wasze rozmowy a nie waszych kontrolerów!".
Mamy z Adamem jednego kolegę, starszego kuriera. Na imię mu Clym. Jest w wieku mojego ojca. Pracuje jako kurier ponad 30 lat! Poznaliśmy go za czasów gdy Adam pracował dla "Stuart'a" a ja w Deliveroo. Clym wygląda jak każdy inny kurier, jest nie za czysty, nosi spodnie 3/4, ma umięśnione łydki i mały piwny mięsień. Lekko siwawy ale w tym wieku to normalka. Clym również zachowuje się jak każdy inny kurier. Pije piwo, wiecznie gada o rowerach i przygodach na drodze. Ale! Chodzi o to, że Clym to jednocześnie zupełnie przeciętny rodzinny facet. Jak patrzy się na jego zdjęcia z fejsbuka to wygląda jak Kevin Spacey w filmie "American Beauty". Nosi koszulki polo, normalne spodnie. Pozuje do zdjęć z uroczą żoną i córeczką przy zamkach, knajpach i górach - typowe fotki z wakacji. Na fejsbuku wygląda po prostu jak każdy inny facet w tym wieku. Adam i ja czasem przeglądamy te zdjęcia, ja płacze ze śmiechu gdy Adam pokazuje mi zbliżenie na Clyma jedzącego krewetki w Barcelonie i mówi "uwierzysz, że ten człowiek jest kurierem od 30 lat?".
Żeby nie było, że ten nasz światek jest aż tak zdominowany przez facetów (a jest mimo wszystko) przedstawię wam chociaż jedną dziewczynę. Kurierek jest zdecydowanie nie wiele. Ja osobiście znam tyko kilka w tym siebie. Jednak jedną z najbardziej interesujących jest moim zdaniem Lajla. Co prawda z tego co czuje, ona za mną nie przepada ale nie będziemy się tym przejmować. Lajla pochodzi z Litwy. Jest chyba ciut starsza ode mnie. Przepiękna brunetka, ma kilka świetnych tatuaży i zawsze ciekawy makijaż. Poza tym, że pracuje jako kurier jest też mechanikiem w Full City. Jak wspominałam kurierek jest nie wiele ale kurierek, które pracują jako mechanik jest jeszcze mniej! Możecie sobie wyobrazić jakie ma powodzenie wśród klientów Full City i oczywiście samych kurierów. Myślę, że Georg poza tym, że szanuje ją jako świetnego pracownika, traktuje ją też troszkę jako maskotkę sklepu. Nie zrozumcie mnie źle, Lajla nie jest słodką, uroczą dziewczyną. Wręcz przeciwnie. To pewna siebie, dojrzała babka! Ale facetom miękną kolana jak wychodzi i pyta się w czym pomóc a jeszcze bardziej twardnieją inne rzeczy jak Lajla zabiera się na ich oczach za ich rower.
Na początku tego posta, napisałam, że każdy z nas jest inny ale sporo nas łączy. Chodzi o to, że część z nas pracuje w ten sposób bo nie chciała normalnego życia. Niektórzy tak jak ja, istnieli i ciągle czuli, że nie pasują. Myśleli, że odnajdą się jakoś w dzisiejszym systemie, że jakoś to będzie. Ale to nie dla nas. Tak jak nie da się nagle polubić koziego sera. Mamy szczęście, że robimy to co kochamy. I to właśnie nas scala. Pasja do rowerów, która jest zaraźliwa i odrobina szaleństwa ale z tym to już trzeba się urodzić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)