czwartek, 1 grudnia 2016

osobisty posłaniec królowej

Jakiś czas temu, w środku tygodnia, ulewny dzień miałam całe mnóstwo zleceń. Musiałam naprawdę pędzić. Jay wysyła mi kolejne dane. Zerkam na ekran telefonu. Mrugam oczami i nie wierzę. W rubryce "deliver" widzę PAŁAC BUCKINGHAM. A w polu "reference": WINDSOR. Słyszałam od kilku osób, że faktycznie zdarza się im mieć tam pick up lub dostawę ale muszę przyznać,  że kompletnie się tego nie spodziewałam. Pierwsze co zrobiłam to wykręciłam do Adama bo on przecież zna wszystkie możliwe loading bays i post room'y w całym Londynie chyba. No bo przecież to nie jest tak, że wjeżdżasz rowerem przez główną bramę tam przy tych strażnikach w wysokich czapkach i milionem turystów. Jakiś facet w peruce i śmiesznym kubraczku w stylu Ludwika XXVI cię anonsuje. Przemierzasz te długie korytarze wysadzane złotem i kryształowymi żyrandolami stąpając po czerwonym, kaszmirowym dywanie. Potem królowa wita cię prosto z tronu machając berłem, zaprasza cię na popołudniową herbatkę. Siedzicie i plotkujecie o jej psach i anorektycznej Kate Middleton jedząc red velvet cake. NO LOGICZNE ŻE TAK NIE JEST. Rzeczywistość jest troszkę mniej interesująca. Do pałacu wjeżdża się od lewej strony patrząc na pałac. Jest tam dużo policji ale wszyscy są bardzo mili. Wchodzi się bocznym wejściem do pomieszczenia gdzie jest jeszcze więcej ochrony a dookoła wszędzie wiszą zdjęcia przedstawiające królową. Ochroniarze wykonują kilka telefonów czy paczka, którą dostarczasz jest "spodziewana" i po sprawie. Nikt nie woła Eli ani jej psów ku mojemu rozczarowaniu. Ale i tak byłam podekscytowana. Podobnie jak w oficjalnym biurze Margaret Tatcher. Mieści się ono na Belgravii w jednym z tych pięknych białych domów dla bogatych ludzi. Byłam tam już kilka razy. Nie wiem czemu ale akurat tam zawszę jadę z jakimiś drogimi butami albo perfumami. Nie wiem o co chodzi ale ze dwa razy dostarczałam nowiusieńkie louboutiny, raz torbę od Chanell, kieckę Chloe. Wątpię, żeby było to prosto dla pani Margaret biorąc pod uwagę, że nie żyje.
Jednym z ciekawszych miejsc, które też regularnie odwiedzam jest główny sklep Gieves & Hawkes. To najsłynniejszy sklep z męską odzieżą w całej Anglii. Poza ubraniami i garniakami szyją również te wszystkie piękne uniformy dla brytyjskiej armii, głównej straży, wszystkich książąt itp itd. Ich główna pracownia jest niesamowita. Wchodzisz i widzisz te wszystkie mundury za szklanymi gablotami jak w muzeum. Cała ulica Saville Row pięknie pachnie przez ten sklep. A panowie (głównie geje) z ich głównego biura są przemili. Jak przyjechałam tam pierwszy raz to przywitali mnie tekstem "o rety jaki piękny kurier! nie to co ci inni spoceni chłopcy". 
Zostańmy troszkę przy temacie mody. Wiem, że czyta to kilka dziewczyn i na pewno nie które z was kochają takie sklepy jak Top Shop, New Look czy Dorothy Perkins. Pracując jako kurier przekonałam się jak ten cały modowy biznes jest tandetny. W Londynie jest ulica Whitecheapell, która słynie z tego, że wszystkie biznesy jakie się tam kroją należą do ciapków. Wiecie: banglagesze, turcy, syryjczycy itp. Jest tam bardzo dużo sklepów z odzieżą. Wyglądają po prostu paskudnie. Odstraszają upiorną wystawą, kompletnym brakiem smaku i zapachem tanich tkanin. Regularnie mam pick up z jednego z takich właśnie sklepów. Gdy byłam tam po raz pierwszy byłam w szoku. Wszystkie te ubrania, które potem są lekko perfumowane, prasowane a następnie elegancko układane na modelach w normalnych już sklepach wiszą niechlujnie robiąc wręcz odpychające wrażenie. Mogę zdradzić, że z tego sklepu dostarczam następnie do biur New Look i Top Shop. To jak te ubrania wyglądają tam a potem jak wyglądają w rzeczywistości, którą znamy to są dwie różne rzeczy. Nawet nie wiecie ile sklep tworzy magii dookoła jednej szmatki. To co się kryje za metką to jest iluzja. Gorzka prawda o tych ubraniach jest taka, że są sprowadzane z biednych krajów gdzie ludzie szyją je za grosze z beznadziejnych materiałów za przysłowiową miskę ryżu. Potem lądują w wielkich pudłach poplątane ze sobą do własnie takich sklepów na Whitecheaper a dopiero później trafiają do ładnych butików gdzie odbywa się pranie naszych mózgów. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie jestem jakąś wojującą lesbijką - weganką - prawa człowieka - prawa kobiet - najważniejsze. Nic w tym stylu. Chcę po prostu podzielić się tą wiedzą na wypadek gdy będziecie w jednym z takich butików i będziecie mieć poważny problem czy aby na pewno chcecie wydać kupę kasy na kawałek banglageskiej szmatki. Poczekajcie na przeceny ;)
Jednym z moich ulubionych biur jest siedziba Marks and Spencer. Nie dalej jak miesiąc temu, w kolejny deszczowy dzień zawoziłam tam jakiś list. Zjeżdżam do Loading bay. Oddaje list i nagle łapie mnie jeden z pracowników. Uśmiecha się od ucha do ucha i pyta:  "to ty jesteś tą kurierką co kocha gwiezdne wojny?". Patrzę na niego, śmieje się i mówię, że jestem jedyną taką jaką znam. Facet znika na chwile, prosi żebym poczekała. Troszkę się nie cierpliwie bo nie mam czasu. Torba pełna, jestem głodna, pada. Wraca z jakąś siatką i mówi, że mogę otworzyć jak wyjadę z powrotem na ulicę. Wsiadam na rower i pedałuję do przodu. Gdy jestem już na ulicy zerkam do torby a tam nowisieńki tshirt z logiem Star Wars i sweter z logiem najnowszej części.Byłam wzruszona. Takie rzeczy przywracają mi wiarę w ludzkość! Poza tym... no bądźmy szczerzy. To było po prostu cholernie miłe! Podobnie jak jedna pani recepcjonistka z Lime Street w zeszłym  tygodniu. Gdy wpadłam do biura byłam spóźniona - tego dnia miałam wypadek z babką, która ni z tego ni z owego wyskoczyła z autobusu prosto na rozpędzoną mnie. Ja upadłam na jej siatki z zakupami a ona gruchnęła o ziemię. Wszystko dobrze się skończyło ale strach mnie obleciał tak czy siak. Ale wracając... wpadam zdyszana na Lime Street. Na kolanach mam ślady po wypadku. Dyszę tak, że ledwo mówię "hello again". Jadę windą, oddaje spóźnioną przesyłkę. Jadę na dół. A urocza pani blondynka daje mi zimny świeży sok z mango i pomarańczy po który skoczyła szybko do Eat po sąsiedzku. Muszę przyznać, że uratowała mi tym życie. To było po prostu strasznie miłe. Niestety nie wszyscy są dla nas tacy mili. Np. w oficjalnym Vague - ta gazeta - babeczki spojrzały na mnie, mierząc mnie wzrokiem zupełnie jak Meryl Streep jako redaktorka Runways w "Diabeł Ubiera się u Prady". Tak samo w oficjalnym offisie Dior.Tam kobieta wręcz z obrzydzeniem dała mi paczkę do ręki. W sklepie Gucciego ochroniarz zagrodził mi sobą przejście do sklepu niczym Gandalf w słynnej scenie mówiąc "You shall not pass!". Kurierzy mają pełno historii. Zaletą naszej pracy jest właśnie to, że codziennie masz nowe przygody. Każdy dzień różni się od poprzedniego. Sytuacje i ludzie są raz miłe raz nie ale zawsze pod koniec dla zasypiam z uśmiechem na ustach a następnie budzę się myśląc "co też mnie dziś spotka".

1 komentarz:

  1. dodawaj do postów jakieś jedno chociaż zdjęcie, bo piszesz ciekawie i aż chciałoby się zobaczyć te kolorowe pełne stragany! :)
    pozdrawiam serdeczenie

    OdpowiedzUsuń