Kiedy większość normalnych ludzi popija sobie poranną kawkę w ciepłym biurze na wygodnym miękkim krześle, my tymczasem nabijamy kolejny kilometr nie raz w deszczu, gradzie lub (nie daj boże) śniegu. Ale właśnie? Kto ma lepiej?
Postanowiłam zrobić małe zestawienie wad i zalet mojej pracy - co by każdy nie miał wątpliwości - w razie czego w co się pakuje. Gdyby naszła was chęć na przebranżowanie się ;)
Zacznę od wad, żeby tak nieco bardziej pozytywnym akcentem zakończyć.
Tak się składa, że kiedy to pisze mamy sobotę. Miniony tydzień nie był łatwy w kwestii pogody. Jak wiadomo mieszkam w Londynie. Tym, którzy nie znają wysp pewnie to miasto kojarzy się z nie ustającym deszczem i mgłą. Od razu zaznaczam, że nie jest tak źle. Nie jest tak, że tutaj pada non stop. Są całe tygodnie kiedy pogoda serio dopisuje i w wolnej chwili można się wylegiwać w parku na trawie a po pracy sączyć piwko w plenerze. Ale właśnie... gdy już pada.
Ja osobiście wyróżniam trzy stopnie deszczu. Gdy pracuje a właśnie leje wygląda to mniej więcej tak:
pierwsza godzina opadów: jadę bez kurtki. Mam bluzę z kapturem. Wszystko jest jeszcze w miarę suche. Zawsze mam makijaż, w pierwszej godzinie deszczu, makijaż jest jeszcze na właściwym miejscu. Myślę sobie "zaraz przestanie". Nie będę tracić cennych minut na zakładanie kurtki tylko po to żeby zaraz ją ściągnąć. Jestem lekko podirytowana i w głowie nucę sobie piosenkę "why is it always rain on me".
Druga godzina opadów: bluza jest przemoczona. Zakładam kurtkę. Jestem zła, że wciąż pada ale wszystko pod kurtką jest wciąż suche. Buty też. Makijaż spływa ale jak tylko jestem w jakiejś windzie szybko go naprawiam. Ludzie w loading bay i recepcjach zagadują, że musi być mi ciężko jeździć w taką pogodę. Jestem uprzejma, uśmiecham się i rzucam "taka praca". W głowie myślę sobie "no ku*wa może się zamienimy". Modlę się żeby Jay nie wysyłał mi kolejnych zleceń ale spadają na mnie intensywnie jak ten deszcz.
Trzecia godzina opadów: jestem totalnie wku*wiona. Nie ma na mnie już nic suchego. Jednocześnie jest mi kompletnie obojętne czy będę miała więcej zleceń. I tak już bardziej nie zmoknę. Makijaż całkowicie spłyną więc wyglądam jak Courtney Love wracająca z imprezy. Gdy ktoś w recepcji zagaduje o pogodę staram się być miła ale mój ton nie brzmi zbyt uprzejmie. Mam ochotę na kawę, ciepłego croissanta. Tęsknie za swoją białą kanapą i kocykiem. Opony ślizgają mi się na jakiś dziwnych cegłach przy More London gdzie mam pick up. Upadam prosto na kolana i prawie ryczę z bólu. Siodełko mi się przekręca a ja cholera nie mam odpowiedniego klucza żeby go przekręcić z powrotem. Wpadam na Adama, wiem, że ma ten klucz. Przynajmniej tyle. Następnego ranka gdy pada, Adam wysyła mi sms'a "postaraj się dziś nie przewrócić".
Pogoda. Czasem totalna wada naszej pracy. A deszcz to jeszcze nic przy zamieci gradowej, która złapała mnie wczoraj przy pałacu Buckingham. Myślałam, żeby zadzwonić do biura i powiedzieć, że źle się czuje jadę do domu. Ale jestem nowa, jestem kobietą. Ciągle chce udowadniać sobie i inny, że jestem silna.
Gdy jeździsz w deszczu czy nie, czasem musisz iść do łazienki i z tym też nie jest łatwo. W niektórych biurach łazienki są na korytarzach, więc łatwo się szybko wślizgnąć za nim wyjedziesz na drogę. Mam nawet swoje regularne łazienki, które odwiedzam np. w biurze wizowym przy Queen Victoria Street. Jednak czasem to nie jest takie proste i wtedy szukasz pubu albo kawiarni. Najlepiej iść do pubu, szczególnie Wetherspoons bo one zwykle są duże i mają pełno ludzi, nikt nie zauważa przemykającego, ubranego na czarno kuriera, nawet jeżeli jej radio nadaje jak szalone.
Czasem trzeba zejść do łazienki po schodach w dół. Tam radio nie odbiera. Wychodzisz potem z powrotem na zewnątrz i słyszysz jak Jay ryczy "129 !!!! DLACZEGO NIE ODPOWIADASZ JAK CIĘ WOŁAM". Raz byłam zdenerwowana więc wrzasnęłam: "BO BYŁAM W ŁAZIENCE". Jay nie spodziewał się takiej szczerości. Adam natomiast opowiadał mi ostatnio o jakimś kurierze, który był w loading bay tego znanego budynku, który wygląda jak ogórek zresztą nazywa się "the Gerkin". Koleś podobno wysikał się w jakimś koncie w ich loading bay bo myślał, że nikt nie patrzy ale jednak... ktoś patrzył i do dziś nasz bohater ma tam zakaz wstępu. Zdziwiło mnie to bardzo, nawet nie fakt, że koleś wysikał się w loading bay... bardziej to że przy samym "ogórku" jest starbucks, Eat, jakiś pub i Costa. Mnóstwo muszli do sikania.
Kolejna sprawa związana z łazienką, która dotyczy chyba bardziej kobiet to problem dużej torby. W sensie... wiece jak małe są czasem te pomieszczenia z ubikacją? To wyobraź sobie że masz na plecach wielką kurierską nie raz wypchaną torbę. Za nim w ogóle wejdziesz do tej ubikacji i przekręcisz się żeby skorzystać mija sporo czasu. Serio to jest tragedia. Jeszcze nie raz strącisz jakieś mydełko albo odświeżacz powietrza. Taak.. kwestia łazienki to zdecydowanie wada.
Dla niektórych najistotniejszą wadą tej pracy są pieniądze a raczej ich brak. Wierzcie mi, nie ma czegoś takiego jak bogaty kurier. Chyba, że mieszkasz z rodzicami, którzy płacą za wszystko łącznie z twoim rachunkiem za telefon. Znam takiego. Ale poza nim to serio, nie jest łatwo. W większości firmach płacą tygodniowo. Dostajesz tyle ile wyjeździsz ale nie kilometrów, mili czy godzin. Dostajesz tyle ile zleceń wykonasz. Wiem, że można zrobić 500 funtów na tydzień ale trzeba być super szybkim i mieć dość dobrą minimalną stawkę za tak zwany "docket". U mnie w firmie mamy tak zwane "guarantee" czyli jeżeli tydzień był słaby i było mało zleceń ja i tak otrzymam jakąś tam umówioną stawkę.
Kurierzy nie mają ubezpieczeń na rower, płatnych urlopów czy L4. Nie pracujesz - nie zarabiasz. Dlatego związek do którego należy większość z nas bardzo aktywnie walczy o te wszystkie rzeczy. Ja do końca nie rozumiem co tam się dzieje. Na ostatnim spotkaniu sporo było mowy o sądzie i płatnych urlopach ale mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby zrozumieć całą tą prawniczą gadkę. Zapytałam Adama o co mniej więcej chodzi ale on stwierdził, że praktycznie też nic nie zrozumiał. A wiecie...Adam urodził się tutaj...
Zdecydowana wada dla niektórych to przewożenie ciężkich paczek. Nie zdarza się to często ale jednak. Ja tego nie lubię bo zwyczajnie jadę wtedy znacznie wolnej. A przecież w tej pracy chodzi o to żeby być szybkim. Adam mówi, że on to lubi wozić ciężkie pudełka bo wtedy czuje się jak prawdziwy kurier. Ja jak kurier czuje się kiedy nim jeszcze wejdę do jakiegoś ekskluzywnego biura, ochroniarz kiwa na mnie przez szybę, ze mam kierować się w drugą stronę szukać post room'u.
Kolejną rzeczą to zmęczenie i kolana. Kolana bolą mnie nawet teraz kiedy to pisze. Słyszałam, że za kilka miesięcy może przestanie, jestem więc dobrej myśli. Jeżeli nie jesteś odporny na fizyczne wykończenie to ta praca jest zdecydowanie nie dla ciebie. A tak właściwie to wyobrażacie sobie, że jakaś babeczka na recepcji zapytała mnie ostatnio kiedy mam czas na siłownię skoro tyle jeżdżę? SERIO? Spojrzałam na na nią jak na kretynkę i odpowiedziałam, że nie lubię pocić się w miejscu publicznym.
Najbardziej znaczącą wadą, którą jedni mogą traktować jako zaletę jest niebezpieczeństwo. Naprawdę... jest jak pisze Emily Chappel w swojej książce o byciu lodyńskim kurierem "what comes around" - "jesteśmy szaleni żeby tu być ale wybraliśmy to".
Nasz zawód jest podobno na liście najbardziej niebezpiecznych zawodów. Na tej samej są górnicy a ja jestem ze Śląska i byłam na kopalni sporo razy. Uważam, że to lekka przesada bo kiedy oni smażą się pod ziemią kopiąc i skubiąc w skałach ja z uśmiechem pokonuje ulicę. Ale istnieje ryzyko. I to duże. W jednym z dokumentów o kurierach jaki oglądałam, ktoś powiedział "jeżeli nie miałeś wypadku to znaczy, że nie jeździłeś wystarczająco dużo".
Sporo zależy od nas samych. Ja staram się aż tak nie narażać. Nie przeskakuje wszystkich możliwych świateł, nie słucham muzyki przez słuchawki no i mam hamulce. Nie którzy moi przyjaciele na fixach nie mają żadnego hamulca. Ciągle powtarzam Adamowi, że stanie się coś złego jeżeli nie będzie miał chociaż przedniego. Ale on jako 21 letni dzieciak, który lubi się popisać nie słucha i uważa, że używając tak zwanego "skida" (techniki, która polega na hamowaniu używając siły mięśni nóg) jest w stanie zatrzymać się w sekundę. Nie jest. Ale to ich wybór.
Ale nawet ja miewam sytuacje, że myślę sobie "uff było blisko". Jednak nie noszę kasku. Wiecie ... on strasznie psuje fryzurę ;)
Dla mnie to ryzyko jest jednak też zaletą. Lubie czuć adrenalinę. Wtedy serio czuje, że żyje. Jadąc przez te wąskie pełne aut, autobusów i pieszych ulice kocham to wszystko szybko omijać czując, że jestem milimetry od możliwej kraksy.
Ogromną zaletą jest to, że jesteś tylko ty i rower. No i radio ale zawsze możesz je wyciszyć. Nie ma, kogoś kto cię poprawia albo zwraca uwagę, że czegoś tam nie zrobiłeś albo o czymś zapomniałeś. Jak jesteś w nastroju to ucinasz sobie pogawędki w biurach, dowcipkujesz i jesteś duszą towarzystwa. Jak nie masz ochoty to po prostu milczysz i jadąc rozmyślasz nad kwestią istnienia.
Nawet jak masz kaca i chcesz umrzeć to jeździsz i nim się obejrzysz już czujesz się dobrze. Gdy nie masz zlecenia możesz siedzieć sam na ławce w parku zjadając swój lunch obserwując wiewiórki albo możesz wpaść do Full City gdzie Georg zabawi rozmową, naciągnie twój łańcuch. Zawsze znajdzie się tam jakiś inny kurier więc od razu robi się wesoło.
Inni kurierzy... to jak rodzina. Przyjaciele, którzy wiedzą co czujesz. Możesz mieć podły dzień w pracy. Same długie dystanse. Padasz na twarz. Ale jedziesz na Leather Lane i wiesz, że oni rozumieją. Zawsze znajdzie się ktoś kto miał dziś gorzej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postawi ci piwo lub kilka jak jesteś spłukany do piątku. Ktoś da ci kanapkę z greggs'a lub EAT jak umierasz z głodu. Ktoś zawsze posłuży ci radą jak błądzisz na ulicy i nie możesz znaleźć jakiegoś numeru. Oni są zawsze dookoła. Jak pada i leje już tak trzecią godzinę to widok znajomej uśmiechniętej twarzy z drugiej strony ulicy zawsze rozjaśnia ci dzień. Jest jak w piosence The Beatles " With a little help from my friends". Dosłownie.
Dla mnie samej ogromną zaletą jest po prostu bycie na dworze. Jako kurier mam okazje widzieć jak budzi się do życia przyroda. Widziałam jak kwitną piękne magnolie w świetle poranku i zachodu słońca. W pochmurny dzień jadąc przez most Blackfriars widzisz jak promienie słońca padają tylko na kopułę katedry św. Pawła. Jadąc przez Hyde Park czujesz zapach świeżo skoszonej trawy. Widzisz jak słońce i obłoki odbijają się od szklanych ścian budynku Shard'a. Widzisz całe, galowo ubrane wojska. Od tych znanych w czerwonych mundurkach z czarnymi wielkimi czapami po jakiś dziwacznych z innych krajów w dzwońastych spodniach i niebieskich kubraczkach. Widzisz finezyjnie ubranych ludzi w białej karecie jak z kopciuszka ciągniętej przez dwa piękne konie. Znacie te żywe posągi? Tych ludzi, którzy malują się cali na złoto lub zakładają strój mistrza Yody i siadają na dziwnej konstrukcji, która potem ma wyglądać że niby unoszą się w powietrzu. Z samego rana na Trafalgar Square widzisz jak się przygotowują. Obserwujesz te wszystkie korpo szczury, które w drogich marynarkach pędzą z metra do biura gdzie spędzą resztę dnia. Czujesz zapach pięknych żółto-czerownych kwiatów, które nie dawno posadzili przy pałacu Buckingham. Otacza cię to wszystko, to wszystko jest twoim biurem, całe miasto z jego przygodami i wiesz, że nic cię w tym momencie w życiu nie omija. Może i jesteś spłukany, zmęczony i szukasz knajpy żeby skorzystać z łazienki ale jesteś szczęśliwy. Cholernie szczęśliwy.
sobota, 30 kwietnia 2016
sobota, 23 kwietnia 2016
"jesteś przecież kurierem" - czyli argument na wszystko
Naszło mnie dziś na gotowanie polskich potraw. Rosół powoli sobie "pyrka", będzie sałatka jarzynowa, schabowe z mizerią i ziemniaki.
Ale do rzeczy.
Na czym polega zawód kuriera?
Ogólnie rzeczy biorąc na przewiezieniu przesyłki od nadawcy do adresata w możliwie jak najkrótszym czasie. W standardowym wyposażeniu każdego z nas jest oczywiście rower, radio, które służy do komunikowania się z kontrolerem - człowiekiem, który wysyła zlecenia, telefon lub/i Xda oraz możliwie duża torba lub plecak. W firmie w której pracuje korzystamy z aplikacji na telefon. Wygląda do tak, że każdego ranka loguje się do aplikacji, następnie sącząc darmową kawę w Waitrose czekam aż Jay (mój kontroler) wywoła mnie przed radio. Dla nich funkcjonuje jako 129. Rosa moja kumpela to 125. Tak jest... zostaliśmy numerami. Niektóre firmy korzystają z pseudonimów. Adam pracował kiedyś dla CitySprint (jednej z największych firm kurierskich) tam nazywano go Biggie Smalls. O ile pamiętam Connor to Sugardaddy a Scot - CandyCrusher. Wymyśliłam sobie, że jak kiedyś przejdę do tej firmy, będę się nazywać WonderWoman lub PrincessLeja.
Zwykle około 9 rano przez radio słyszę "129! mornig morning some details for you" . Wtedy odpowiadam "129 ROGER". Roger to najczęściej padające słowo z każdym kurierskim radiu. Jest to pewnego rodzaju akceptacja tego co kontroler stara się przekazać. Coś na zasadzie "tak jest, przyjęłam". Nigdy się zastanawiałam się dlaczego właściwie Roger a nie na przykład Brayan albo inny Joe. Funkcjonują również przeróżne kombinacje naszego Rogera. Roger Dogger, Rogaaa, Rog itp.
Przez radio mile widziane są raczej krótkie komunikaty gdyż kontroler nie jest tam tylko po to żeby z tobą plotkować. Jeżeli właśnie odebrałam przesyłkę mówię tylko "129, POB" co oznacza "package on board". Gdy właśnie coś dostarczyłam i wiem, że w mojej torbie nie ma już żadnych innych przesyłek mówię "I am empty". Wszystkie te zwroty są używane w zwyczajnych kurierskich rozmowach. Gdy dzwonię do Adama, żeby złapać się na kawę pytam go "are you empty now?". Podobnie jest z rogerem. Jest to nasza odpowiedź na wszystko.
Czasem zdarzają się dłuższe rozmowy z kontrolerami. Lubię ich słuchać w czasie jazdy, czasem można się serio pośmiać gdy Jay zacznie sobie podśpiewywać jakieś stare hity albo gdy się wkurza bo ktoś nie odbiera przed radio. Jakiś czas temu usłyszałam, że skopie nam za to tyłki. Za nie odpowiadanie przed radio, a nie przez słuchanie jak śpiewa. Adam, w aktualnej firmie znany jako Kilo33, mówi, że u niego przez radio kontroler non stop opowiada o swoim życiu prywatnym. Szkoda, że Jay rzadko dzieli się jakimiś pikantnymi szczegółami. Na dobrą sprawę to ja nawet nie wiem jak on wygląda a słucham jego głosu prawie 10 godzin dziennie. Jest z nami od niedawna i jakoś nie było powodów w ostatnim czasie żeby jechać do biura na Acton.
Niektóre dni bywają bardzo powolne. Jedziesz sobie z jednym listem, dostarczasz a potem przez 30 minut sączysz kawkę u Georga w Full City z jego przelewowego ekspresu. Osobiście uwielbiam tę kawę u niego. Czasem jest tak, że jest dopiero dwunasta a ja już przejechałam cały Londyn i to kilka razy. Bywa, że w ciągu dnia nie ma nowego zlecenia przez godzinę. Lubie wtedy rozłożyć się na trawie z którymś z parków. Mam kilka ulubionych. Lincoln Fields jest jednym z moich faworytów w dodatku w samym centrum, zaraz za stacją Holborn. Kładę rower, torba pod głowę, radio w łapie i zamykam na chwilę oczy dopóki nie usłyszę "129!". Są takie dni, że jedziesz i nie ma czasu na żadną kawę lub jedzenie. Dlatego zawsze mam jabłko i jakiegoś batona. Można jechać i w między czasie przeżuwać. Ostatnio jakiś taksówkarz bez przyczyny, krzykną na mnie, żebym przestała z łaski swojej jeść. Pomachałam mu jabłkiem przed szybą i spytałam czy chce gryza.
Ogólnie londyńskie taksówki to najwięksi wrogowie kurierów. Jest to wzajemna nienawiść. Jeden z kurierów ma wytatułowane na łydkach "fuck taxies".Ci taksiarze muszą go serio nie znosić. Rosa natomiast naszyła sobie na getrach "love taxies" ale wątpię, żeby jaki kolwiek taksiarz był dla niej w związku z tym milszy.
W ciągu dnia jak tak sobie kurieruje najmilej jest spotkać kogoś znajomego na drodze. Znacie ten moment gdy jesteś w autobusie, mija was kolejny autobus kierowcy machają sobie lub przybijają piątką na światłach? To samo jest z kurierami. Zwykle jesteśmy w wirze pracy więc czasem miniemy się dzieląc tylko uśmiech lub kiwnięcie głową. Chyba, że jest to Adam, który ma słuchawki na uszach, znowu mnie nie widzi i ja pędzę za nim jak wariat krzycząc na całe ulice jego imię.
Czasem spotykasz innego kuriera przy budynku z którego właśnie masz pick up lub dostawę. Wtedy zawsze pada pytanie jak bardzo jesteś dziś "busy", lub w moim przypadku "nie wiesz gdzie mają loading bay?". Ponieważ jak wiadomo jestem na drogach dopiero od niedawna i ciągle mam z tym kłopot. Gdy popadam już w całkowitą panikę bo nie mogę znaleźć budynku lub jakiegoś post room'uy dzwonię do Adama bo w 99% on kiedyś już tam był.
Wolę zapytać jego niż Jay'a przez radio ponieważ on pewnie odpowiedział by "powinnaś wiedzieć, jesteś przecież kurierem".
Zdarza się, że jakiś kurier, którego nie znam zagada do mnie na drodze. Dziewczyn kurierek jest nie wiele dlatego stanowią one swoistą atrakcje. Bycie kobietą jednak nie sprawia, żeby kontroler traktował cię łagodniej niż innych. Dostajemy tyle samo zleceń co faceci i wozimy ciężkie przesyłki. Czasem ludzie z recepcji są w szoku gdy dostarczam jakieś mega ciężkie pudło dokumentów. Wiedzą, że wiozłam to na swoich plecach całą drogę przez miasto. Raz trafiło się, że to odebrania było kilka wielkich pudełek. Tego nie byłam w stanie wcisnąć do swojej torby więc dałam znać Jay'owi przez radio, żeby wysłał po to kogoś z samochodem.
Pod koniec dnia prawie zawsze zaglądam na Leather Lane. Kupuje truskawkowy cydr w alkoholowym obok Full City i wypijam go dosłownie w minutę. Jeżeli jestem przed osiemnastą, zjadam którąś z kanapek z Greggs'a, którego właśnie zamykają i rozdają za darmo to co się nie sprzedało. Wpada tam pewna starsza pani, z Polski. Zdaje się, że ma na imię Wanda. Zawsze mnie zagaduje i zadaje mnóstwo nie zręcznych pytań, takich jak "a czemu nie masz męża". Ale jako dobrze wychowana polka grzecznie na wszystko odpowiadam i z udawanym zainteresowaniem słucham o jej wnukach. Do późnego wieczora gadam z kurierami o przygodach danego dnia, rowerach i pracy. Wpadam do Georga, który prawie zawsze ma pełne ręce roboty i ciekawą historię do opowiedzenia. Wracam do domu około dziewiątej. Zwykle zasypiam na kanapie próbując socjalizować się z moimi współlokatorami. Po tylu wyjeżdżonych milach po prostu padam. No ale przecież jestem kurierem więc to chyba normalne ;)
Ale do rzeczy.
Na czym polega zawód kuriera?
Ogólnie rzeczy biorąc na przewiezieniu przesyłki od nadawcy do adresata w możliwie jak najkrótszym czasie. W standardowym wyposażeniu każdego z nas jest oczywiście rower, radio, które służy do komunikowania się z kontrolerem - człowiekiem, który wysyła zlecenia, telefon lub/i Xda oraz możliwie duża torba lub plecak. W firmie w której pracuje korzystamy z aplikacji na telefon. Wygląda do tak, że każdego ranka loguje się do aplikacji, następnie sącząc darmową kawę w Waitrose czekam aż Jay (mój kontroler) wywoła mnie przed radio. Dla nich funkcjonuje jako 129. Rosa moja kumpela to 125. Tak jest... zostaliśmy numerami. Niektóre firmy korzystają z pseudonimów. Adam pracował kiedyś dla CitySprint (jednej z największych firm kurierskich) tam nazywano go Biggie Smalls. O ile pamiętam Connor to Sugardaddy a Scot - CandyCrusher. Wymyśliłam sobie, że jak kiedyś przejdę do tej firmy, będę się nazywać WonderWoman lub PrincessLeja.
Zwykle około 9 rano przez radio słyszę "129! mornig morning some details for you" . Wtedy odpowiadam "129 ROGER". Roger to najczęściej padające słowo z każdym kurierskim radiu. Jest to pewnego rodzaju akceptacja tego co kontroler stara się przekazać. Coś na zasadzie "tak jest, przyjęłam". Nigdy się zastanawiałam się dlaczego właściwie Roger a nie na przykład Brayan albo inny Joe. Funkcjonują również przeróżne kombinacje naszego Rogera. Roger Dogger, Rogaaa, Rog itp.
Przez radio mile widziane są raczej krótkie komunikaty gdyż kontroler nie jest tam tylko po to żeby z tobą plotkować. Jeżeli właśnie odebrałam przesyłkę mówię tylko "129, POB" co oznacza "package on board". Gdy właśnie coś dostarczyłam i wiem, że w mojej torbie nie ma już żadnych innych przesyłek mówię "I am empty". Wszystkie te zwroty są używane w zwyczajnych kurierskich rozmowach. Gdy dzwonię do Adama, żeby złapać się na kawę pytam go "are you empty now?". Podobnie jest z rogerem. Jest to nasza odpowiedź na wszystko.
Czasem zdarzają się dłuższe rozmowy z kontrolerami. Lubię ich słuchać w czasie jazdy, czasem można się serio pośmiać gdy Jay zacznie sobie podśpiewywać jakieś stare hity albo gdy się wkurza bo ktoś nie odbiera przed radio. Jakiś czas temu usłyszałam, że skopie nam za to tyłki. Za nie odpowiadanie przed radio, a nie przez słuchanie jak śpiewa. Adam, w aktualnej firmie znany jako Kilo33, mówi, że u niego przez radio kontroler non stop opowiada o swoim życiu prywatnym. Szkoda, że Jay rzadko dzieli się jakimiś pikantnymi szczegółami. Na dobrą sprawę to ja nawet nie wiem jak on wygląda a słucham jego głosu prawie 10 godzin dziennie. Jest z nami od niedawna i jakoś nie było powodów w ostatnim czasie żeby jechać do biura na Acton.
Niektóre dni bywają bardzo powolne. Jedziesz sobie z jednym listem, dostarczasz a potem przez 30 minut sączysz kawkę u Georga w Full City z jego przelewowego ekspresu. Osobiście uwielbiam tę kawę u niego. Czasem jest tak, że jest dopiero dwunasta a ja już przejechałam cały Londyn i to kilka razy. Bywa, że w ciągu dnia nie ma nowego zlecenia przez godzinę. Lubie wtedy rozłożyć się na trawie z którymś z parków. Mam kilka ulubionych. Lincoln Fields jest jednym z moich faworytów w dodatku w samym centrum, zaraz za stacją Holborn. Kładę rower, torba pod głowę, radio w łapie i zamykam na chwilę oczy dopóki nie usłyszę "129!". Są takie dni, że jedziesz i nie ma czasu na żadną kawę lub jedzenie. Dlatego zawsze mam jabłko i jakiegoś batona. Można jechać i w między czasie przeżuwać. Ostatnio jakiś taksówkarz bez przyczyny, krzykną na mnie, żebym przestała z łaski swojej jeść. Pomachałam mu jabłkiem przed szybą i spytałam czy chce gryza.
Ogólnie londyńskie taksówki to najwięksi wrogowie kurierów. Jest to wzajemna nienawiść. Jeden z kurierów ma wytatułowane na łydkach "fuck taxies".Ci taksiarze muszą go serio nie znosić. Rosa natomiast naszyła sobie na getrach "love taxies" ale wątpię, żeby jaki kolwiek taksiarz był dla niej w związku z tym milszy.
W ciągu dnia jak tak sobie kurieruje najmilej jest spotkać kogoś znajomego na drodze. Znacie ten moment gdy jesteś w autobusie, mija was kolejny autobus kierowcy machają sobie lub przybijają piątką na światłach? To samo jest z kurierami. Zwykle jesteśmy w wirze pracy więc czasem miniemy się dzieląc tylko uśmiech lub kiwnięcie głową. Chyba, że jest to Adam, który ma słuchawki na uszach, znowu mnie nie widzi i ja pędzę za nim jak wariat krzycząc na całe ulice jego imię.
Czasem spotykasz innego kuriera przy budynku z którego właśnie masz pick up lub dostawę. Wtedy zawsze pada pytanie jak bardzo jesteś dziś "busy", lub w moim przypadku "nie wiesz gdzie mają loading bay?". Ponieważ jak wiadomo jestem na drogach dopiero od niedawna i ciągle mam z tym kłopot. Gdy popadam już w całkowitą panikę bo nie mogę znaleźć budynku lub jakiegoś post room'uy dzwonię do Adama bo w 99% on kiedyś już tam był.
Wolę zapytać jego niż Jay'a przez radio ponieważ on pewnie odpowiedział by "powinnaś wiedzieć, jesteś przecież kurierem".
Zdarza się, że jakiś kurier, którego nie znam zagada do mnie na drodze. Dziewczyn kurierek jest nie wiele dlatego stanowią one swoistą atrakcje. Bycie kobietą jednak nie sprawia, żeby kontroler traktował cię łagodniej niż innych. Dostajemy tyle samo zleceń co faceci i wozimy ciężkie przesyłki. Czasem ludzie z recepcji są w szoku gdy dostarczam jakieś mega ciężkie pudło dokumentów. Wiedzą, że wiozłam to na swoich plecach całą drogę przez miasto. Raz trafiło się, że to odebrania było kilka wielkich pudełek. Tego nie byłam w stanie wcisnąć do swojej torby więc dałam znać Jay'owi przez radio, żeby wysłał po to kogoś z samochodem.
Pod koniec dnia prawie zawsze zaglądam na Leather Lane. Kupuje truskawkowy cydr w alkoholowym obok Full City i wypijam go dosłownie w minutę. Jeżeli jestem przed osiemnastą, zjadam którąś z kanapek z Greggs'a, którego właśnie zamykają i rozdają za darmo to co się nie sprzedało. Wpada tam pewna starsza pani, z Polski. Zdaje się, że ma na imię Wanda. Zawsze mnie zagaduje i zadaje mnóstwo nie zręcznych pytań, takich jak "a czemu nie masz męża". Ale jako dobrze wychowana polka grzecznie na wszystko odpowiadam i z udawanym zainteresowaniem słucham o jej wnukach. Do późnego wieczora gadam z kurierami o przygodach danego dnia, rowerach i pracy. Wpadam do Georga, który prawie zawsze ma pełne ręce roboty i ciekawą historię do opowiedzenia. Wracam do domu około dziewiątej. Zwykle zasypiam na kanapie próbując socjalizować się z moimi współlokatorami. Po tylu wyjeżdżonych milach po prostu padam. No ale przecież jestem kurierem więc to chyba normalne ;)
czwartek, 21 kwietnia 2016
tytułem wstępu
kurier rowerowy
Po polsku brzmi to po prostu fatalnie, ale tak to już jest z tym "polszczyskim"
"Cycle courier" brzmi ładniej, tudzież "messenger" - to już całkiem profesjonalnie.
Ale o co chodzi? Po co blog?
Chodzi o to że bycie kurierem jest nie tylko wykonywany zawód ale styl życia, pewnego rodzaju kultura a raczej subkultura. Jako, że mieszkam na wyspach w pięknym Londynie i większość z moich znajomych myśli, że od dawna nie żyje a mój fejsbuk sam się uaktualnia. Postanowiłam zacząć pisać bloga o swojej wspaniałej pracy - kulturze jaka się z nią wiąże oraz tak po prostu żeby wszyscy wiedzieli, że żyje i mam się lepiej niż "dobrze" :)
Jak to się wszystko zaczęło?
To był wrzesień. Wróciłam z urlopu w Polsce. Spotykałam się wtedy z niejakim Richardem zwanym również Rysiem. Strasznym leniem, które nade wszystko kochał palić trawe. Jako, że mieszkał za Londynem większość czasu spędzaliśmy u mnie. Ja w tamtym czasie mieszkałam w malutkim studio (było może 3 razy większe od festiwalowych toalet toi toi) na Cable street w dawnej fabryce czekolady. Miejsce magiczne i kultowe. Od razu powiem, za nim ktoś spyta - nie. nie mieszka tam Willy Wonka i nie, po kortarzach nie biegały naćpane kakaowcem śpiewające Umpa Lumpasy - a szkoda.
Było za to dużo muzyki śpiewanej przez hiszpanów i naćpani tańczący litwini.
Ale do rzeczy.
Wróciłam z urlopu i trzeba było szukać pracy. nie miałam internetu więc wyciągnełam Rysia który był już po drugim blancie, do kafejki internetowej.
Tam spotkał swojego kolegę - Macey. Wtedy nie miał jeszcze żadnych tatuaży , żółtego roweru i tylu ubrań Supreme. Macey przyszedł do kafejki szukać porady "co zrobić jeżeli wpadłem do kawnału z rowerem i telefonem" a dokładnie "czy telefon będzie działał". O ile pamiętam nie udało się nic z tym zrobić. Ale... on i Richard. Chwila rozmowy "o wow co tu robisz", "WOW moja dziewczyna mieszka na Cable!". Umówiliśmy się, że wpadniemy któregoś dnia do nich. Jana Mace'go widziałam kilka razy na korytarzach z jego dwoma innymi współlokatorami. Jeden - wysoki i przystojny o twarzy nastoletniego Hugh Granda a drugi - rudy, nigdy nie uśmiechnięty. Zawsze mieli ze sobą rowery. Warto dodać, że i ja już wtedy jeździłam. Zaczęłam od mojego pierwszego dnia w Londynie ale wtedy był to dla mnie po prostu darmowy transport do pracy.
Udało mi się dostać pracę w małej kawiarni na magicznej Leather Lane. Wtedy nie miałam pojęcia jak bardzo pokocham tę ulicę...
Któregoś dnia Rysiek poszedł odwiedzić Mace'go i jego dwóch przyjaciół u nich w studio. Ja miałam dołączyć po swojej yodze Nie zdążyłam. Ryś przyszedł po mnie wcześniej i nie był sam. Był z nim wysoki młody Hugh Grand. Spojrzeliśmy na siebie i na pytanie Rysia czy się znamy, Adam (bo tak młody Hugh Grand ma naprawdę na imię) odpowiedział, że wiele razy się widzieliśmy.Poszliśmy po piwo do Sainsburego. ( jak ja kocham spalszczać tę nazwę).Ryś wszedł sam a my staliśmy czekając i rozmawiając i od razu ... jak byśmy się znali całe życie. W tamtej chwili bardzo chciałam żebyśmy zostali przyjaciółmi ale nie wiedziałam, że na dobrą sprawę Adam zmieni moją rzeczywistości całkowicie.
Rudy i mało uśmiechający się współlokator to Connor. Teraz uśmiecha się całkiem sporo bo od nie dawna ma dziewczynę i jest totalnie zakochany.
Z Rysiem prędko zerwałam bo sama nie wiedziałam, czemu z nim byłam.
Adam zaczął wpadać do mnie częściej i dużo opowiadał o swojej pracy jako kurier i o całym tak zwanym "mess life" (mess od messenger). Cholernie zaczęło mnie to intrygować. Któregoś dnia Adam powiedział, że skoro i tak pracuje na Leather Lane powinnam więc wpaść po 18 wieczorem w piątek bo wtedy zjeżdżają się wszyscy kurierzy, piją piwko rozmawiają i fajnie jest. JEST. ale wtedy też o tym nie wiedziałam.
Pamiętam swój pierwszy wieczór przy Full City. Miałam na sobie dżinsy i nowy płaszcz. Jeździłam starą ale piękną holenderką. Ciężką jak cholera. Wciąż ją mam i jakoś nie mam serca żeby ją sprzedać.
Za to kurierzy... wszyscy na fixach (ostrych kołach), ich rowery wyglądały na solidne, zadbane, brudne ale robiące wrażenie. A sami kurierzy? Jak 48 roninów na rowerach. Ubrane całe na czarno stado ninja pijące piwo.Większość z nich była wytatuowana lub wypircingowana. Ci goście byli dla mnie po prostu cool. Cholernie zapragnęłam być taka jak oni.
I tak to się zaczęło. piątki na Leather Lane z kurierami. Piwka, jazda i tatuaże.
Zaprzyjaźniłam się też z Georgrem, właścicielem sklepu i serwisu rowerowego Full City.
Georg jest jednym z najlepszych mechaników chyba na całym świecie. Urodził się w Californi, jakiś czas mieszkał w Wietnamie. Lubię wyobrażać sobie małego Georga dłubjącego przy dziecięcym rowerku pod palmami na Wietnamskiej plaży. Obok rozbity młody kokos z którego mały Georg pije wodę. Wiem, że to robił - pił wodę kokosową - nie wiem czy naprawiał innym dzieciom rowerki. Uwielbiam słuchać jego historii. ma ich strasznie dużo ponieważ , nie oszukujmy się - jest dość stary. Dla mnie starość zaczyna się po 50 a wiem, że Georg jest blisko 60. Czasem wpadam po pracy na Leather Lane i jak wszyscy się porozjeżdżają do domów ja wciąż siedzę w Full City, rozmawiamy z Georgem i słuchamy starych rock and rollowych kawałków. Ma dobry gust. Jak wszyscy amerykanie, których poznałam jak do tej pory. Poza tym widział Jimmiego Hendrixa na żywo. Więc wiecie - no musi być stary!
przed świętami straciłam pracę na Leather Lane, i tak jechałam do Polski więc było mi to obojętne. Po nowym roku znalazłam inną w kawiarni na Union Street, która jest miejscem docelowym wielu kurierskich dostaw. Jako że budynek był pełen różnych firm, kurierzy wciąż wpadali. znałam już wtedy większość z nich. Czasem wpadali specjalnie do mnie tak żeby pogadać, napić się kawy. Ja bardzo im zazdrościłam pracy na dworze. Zaprzyjaźniłam się z Rosą, jedną z niewielu dziewczyn kurierek. Wpadała podładować telefon albo zjeść swój lunch jak było zbyt chłodno żeby jeść w parku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będziemy pracować w jednej firmie.
Powiedziałam Adamowi dla żartu, że jak stracę tę pracę to znak od boga że powinnam zostać kurierem. Adam stwierdził, że on i tak wie, że nim zostanę prędzej czy później.
W między czasie on zaczął pracę dla nowej firmy Stuart. Miała być to super firma, która ma sporo zleceń od jedzenia przed dokumenty po wszelkiego rodzaju usługi. W realu okazało się, że głownie Adam jeździł z jedzeniem. Z restauracji do klienta.
Mnie zaczął doskwierać brak kasy więc postanowiłam zostać "part time courier" dla deliveroo. ogromna firma, która zatrudnia każdego kto ma rower. Zajmują się dostarczaniem tylko jedzenia. Wiem, że jest to jedna z największych firm tego rodzaju w Europie a może i dalej.
Dostałam od nich wielkie pudło na plecy, za dużą kurtkę i kilka gadżetów. I tak o to zaczęłam prace jako prawie prawdziwy kurier.
Wspominam te dwa miesiące wybitnie dobrze. Adam nigdy nie miał zleceń więc jego życie ograniczało się do siedzenia w Pret a Manger na Soho lub Oxford Street. Po mojej zmianie, wpadałam do Preta na szybką kawkę by potem we dwoje pójść do naszego ulubionego pubu John Snow. Gdy mieliśmy mniej kasy, piliśmy piwko gdzieś w plenerze.
W końcu na początku marca straciłam pracę w kawiarni co było mi nawet na rękę bo nie lubiłam tego miejsca poza tym tato wybierał się do mnie na tydzień więc super było mieć troszkę wolnego.
Ale stało się, trzeba było dotrzymać obietnicy. i tak zostałam kurierem dla Green Courier/Churchill. Adam stwierdził, że wiedział, że to się stanie już od mojego pierwszego wieczoru na leather lane. W dniu kiedy dostałam tę pracę Adam rzucił Stuarta i powrócił do jednej z dużych kurierskich firm dla której już kiedyś pracował. Mój pierwszy poniedziałek opiliśmy trzema butelkami wina nad rzeką słuchając jazzu. Najbardziej cieszyło nas to, że żadne z nas nie musi więcej dostarczać nikomu chińszczyzny lub innego burgera.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)