czwartek, 21 kwietnia 2016

tytułem wstępu

kurier rowerowy

Po polsku brzmi to po prostu fatalnie, ale tak to już jest z tym "polszczyskim"
"Cycle courier" brzmi ładniej, tudzież "messenger" - to już całkiem profesjonalnie.
Ale o co chodzi? Po co blog?
Chodzi o to że bycie kurierem jest nie tylko wykonywany zawód ale styl życia, pewnego rodzaju kultura a raczej subkultura. Jako, że mieszkam na wyspach w pięknym Londynie i większość z moich znajomych myśli, że od dawna nie żyje a mój fejsbuk sam się uaktualnia. Postanowiłam zacząć pisać bloga o swojej wspaniałej pracy - kulturze jaka się z nią wiąże oraz tak po prostu żeby wszyscy wiedzieli, że żyje i mam się lepiej niż "dobrze" :)
Jak to się wszystko zaczęło?
To był wrzesień. Wróciłam z urlopu w Polsce. Spotykałam się wtedy z niejakim Richardem zwanym również Rysiem. Strasznym leniem, które nade wszystko kochał palić trawe. Jako, że mieszkał za Londynem większość czasu spędzaliśmy u mnie. Ja w tamtym czasie mieszkałam w malutkim studio (było może 3 razy większe od festiwalowych toalet toi toi) na Cable street w dawnej fabryce czekolady. Miejsce magiczne i kultowe. Od razu powiem, za nim ktoś spyta - nie. nie mieszka tam Willy Wonka i nie, po kortarzach nie biegały naćpane kakaowcem śpiewające Umpa Lumpasy - a szkoda.
Było za to dużo muzyki śpiewanej przez hiszpanów i naćpani tańczący litwini.
Ale do rzeczy.
Wróciłam z urlopu i trzeba było szukać pracy. nie miałam internetu więc wyciągnełam Rysia który był już po drugim blancie, do kafejki internetowej.
Tam spotkał swojego kolegę - Macey. Wtedy nie miał jeszcze żadnych tatuaży , żółtego roweru i tylu ubrań Supreme. Macey przyszedł do kafejki szukać porady "co zrobić jeżeli wpadłem do kawnału z rowerem i telefonem" a dokładnie "czy telefon będzie działał". O ile pamiętam nie udało się nic z tym zrobić. Ale... on i Richard. Chwila rozmowy "o wow co tu robisz", "WOW moja dziewczyna mieszka na Cable!". Umówiliśmy się, że wpadniemy któregoś dnia do nich. Jana Mace'go widziałam kilka razy na korytarzach z jego dwoma innymi współlokatorami. Jeden - wysoki i przystojny o twarzy nastoletniego Hugh Granda a drugi - rudy, nigdy nie uśmiechnięty. Zawsze mieli ze sobą rowery. Warto dodać, że i ja już wtedy jeździłam. Zaczęłam od mojego pierwszego dnia w Londynie ale wtedy był to dla mnie po prostu darmowy transport do pracy. 
Udało mi się dostać pracę w małej kawiarni na magicznej Leather Lane. Wtedy nie miałam pojęcia jak bardzo pokocham tę ulicę...
Któregoś dnia Rysiek poszedł odwiedzić Mace'go i jego dwóch przyjaciół u nich w studio. Ja miałam dołączyć po swojej yodze Nie zdążyłam. Ryś przyszedł po mnie wcześniej i nie był sam. Był z nim wysoki młody Hugh Grand. Spojrzeliśmy na siebie i na pytanie Rysia czy się znamy, Adam (bo tak młody Hugh Grand ma naprawdę na imię) odpowiedział, że wiele razy się widzieliśmy.Poszliśmy po piwo do Sainsburego. ( jak ja kocham spalszczać tę nazwę).Ryś wszedł sam a my staliśmy czekając i rozmawiając i od razu ... jak byśmy się znali całe życie. W tamtej chwili bardzo chciałam żebyśmy zostali przyjaciółmi ale nie wiedziałam, że na dobrą sprawę Adam zmieni moją rzeczywistości całkowicie.
Rudy i mało uśmiechający się współlokator to Connor. Teraz uśmiecha się całkiem sporo bo od nie dawna ma dziewczynę i jest totalnie zakochany. 
Z Rysiem prędko zerwałam bo sama nie wiedziałam, czemu z nim byłam. 
Adam zaczął wpadać do mnie częściej i dużo opowiadał o swojej pracy jako kurier i o całym tak zwanym "mess life" (mess od messenger). Cholernie zaczęło mnie to intrygować. Któregoś dnia Adam powiedział, że skoro i tak pracuje na Leather Lane powinnam więc wpaść po 18 wieczorem w piątek bo wtedy zjeżdżają się wszyscy kurierzy, piją piwko rozmawiają i fajnie jest. JEST. ale wtedy też o tym nie wiedziałam.
Pamiętam swój pierwszy wieczór przy Full City. Miałam na sobie dżinsy i nowy płaszcz. Jeździłam starą ale piękną holenderką. Ciężką jak cholera. Wciąż ją mam i jakoś nie mam serca żeby ją sprzedać.
Za to kurierzy... wszyscy na fixach (ostrych kołach), ich rowery wyglądały na solidne, zadbane, brudne ale robiące wrażenie. A sami kurierzy? Jak 48 roninów na rowerach. Ubrane całe na czarno stado ninja pijące piwo.Większość z nich była wytatuowana lub wypircingowana. Ci goście byli dla mnie po prostu cool. Cholernie zapragnęłam być taka jak oni.
I tak to się zaczęło. piątki na Leather Lane z kurierami. Piwka, jazda i tatuaże. 
Zaprzyjaźniłam się też z Georgrem, właścicielem sklepu i serwisu rowerowego Full City.
Georg jest jednym z najlepszych mechaników chyba na całym świecie. Urodził się w Californi, jakiś czas mieszkał w Wietnamie. Lubię wyobrażać sobie małego Georga dłubjącego przy dziecięcym rowerku pod palmami na Wietnamskiej plaży. Obok rozbity młody kokos z którego mały Georg pije wodę. Wiem, że to robił  - pił wodę kokosową - nie wiem czy naprawiał innym dzieciom rowerki. Uwielbiam słuchać jego historii. ma ich strasznie dużo ponieważ , nie oszukujmy się - jest dość stary. Dla mnie starość zaczyna się po 50 a wiem, że Georg jest blisko 60. Czasem wpadam po pracy na Leather Lane i jak wszyscy się porozjeżdżają do domów ja wciąż siedzę w Full City, rozmawiamy z Georgem i słuchamy starych rock and rollowych kawałków. Ma dobry gust. Jak wszyscy amerykanie, których poznałam jak do tej pory. Poza tym widział Jimmiego Hendrixa na żywo. Więc wiecie - no musi być stary!
przed świętami straciłam pracę na Leather Lane, i tak jechałam do Polski więc było mi to obojętne. Po nowym roku znalazłam inną w kawiarni na Union Street, która jest miejscem docelowym wielu kurierskich dostaw. Jako że budynek był pełen różnych firm, kurierzy wciąż wpadali. znałam już wtedy większość z nich. Czasem wpadali specjalnie do mnie tak żeby pogadać, napić się kawy.  Ja bardzo im zazdrościłam pracy na dworze. Zaprzyjaźniłam się z Rosą, jedną z niewielu dziewczyn kurierek. Wpadała podładować telefon albo zjeść swój lunch jak było zbyt chłodno żeby jeść w parku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będziemy pracować w jednej firmie.
Powiedziałam Adamowi dla żartu, że jak stracę tę pracę to znak od boga że powinnam zostać kurierem. Adam stwierdził, że on i tak wie, że nim zostanę prędzej czy później. 
W między czasie on zaczął pracę dla nowej firmy Stuart. Miała być to super firma, która ma sporo zleceń od jedzenia przed dokumenty po wszelkiego rodzaju usługi. W realu okazało się, że głownie Adam jeździł z jedzeniem. Z restauracji do klienta. 
Mnie zaczął doskwierać brak kasy więc postanowiłam zostać "part time courier" dla deliveroo. ogromna firma, która zatrudnia każdego kto ma  rower. Zajmują się dostarczaniem tylko jedzenia. Wiem, że jest to jedna z największych firm tego rodzaju w Europie a może i dalej. 
Dostałam od nich wielkie pudło na plecy, za dużą kurtkę i kilka gadżetów. I tak o to zaczęłam prace jako prawie prawdziwy kurier.
Wspominam te dwa miesiące wybitnie dobrze. Adam nigdy nie miał zleceń więc jego życie ograniczało się do siedzenia w Pret a Manger na Soho lub Oxford Street. Po mojej zmianie, wpadałam do Preta na szybką kawkę by potem we dwoje pójść do naszego ulubionego pubu John Snow. Gdy mieliśmy mniej kasy, piliśmy piwko gdzieś w plenerze. 
W końcu na początku marca straciłam pracę w kawiarni co było mi nawet na rękę bo nie lubiłam tego miejsca poza tym tato wybierał się do mnie na tydzień więc super było mieć troszkę wolnego. 
Ale stało się, trzeba było dotrzymać obietnicy. i tak zostałam kurierem dla Green Courier/Churchill. Adam stwierdził, że wiedział, że to się stanie już od mojego pierwszego wieczoru na leather lane. W dniu kiedy dostałam tę pracę Adam rzucił Stuarta i powrócił do jednej z dużych kurierskich firm dla której już kiedyś pracował. Mój pierwszy poniedziałek opiliśmy trzema butelkami wina nad rzeką słuchając jazzu. Najbardziej cieszyło nas to, że żadne z nas nie musi więcej dostarczać nikomu chińszczyzny lub innego burgera.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz