czwartek, 1 grudnia 2016

osobisty posłaniec królowej

Jakiś czas temu, w środku tygodnia, ulewny dzień miałam całe mnóstwo zleceń. Musiałam naprawdę pędzić. Jay wysyła mi kolejne dane. Zerkam na ekran telefonu. Mrugam oczami i nie wierzę. W rubryce "deliver" widzę PAŁAC BUCKINGHAM. A w polu "reference": WINDSOR. Słyszałam od kilku osób, że faktycznie zdarza się im mieć tam pick up lub dostawę ale muszę przyznać,  że kompletnie się tego nie spodziewałam. Pierwsze co zrobiłam to wykręciłam do Adama bo on przecież zna wszystkie możliwe loading bays i post room'y w całym Londynie chyba. No bo przecież to nie jest tak, że wjeżdżasz rowerem przez główną bramę tam przy tych strażnikach w wysokich czapkach i milionem turystów. Jakiś facet w peruce i śmiesznym kubraczku w stylu Ludwika XXVI cię anonsuje. Przemierzasz te długie korytarze wysadzane złotem i kryształowymi żyrandolami stąpając po czerwonym, kaszmirowym dywanie. Potem królowa wita cię prosto z tronu machając berłem, zaprasza cię na popołudniową herbatkę. Siedzicie i plotkujecie o jej psach i anorektycznej Kate Middleton jedząc red velvet cake. NO LOGICZNE ŻE TAK NIE JEST. Rzeczywistość jest troszkę mniej interesująca. Do pałacu wjeżdża się od lewej strony patrząc na pałac. Jest tam dużo policji ale wszyscy są bardzo mili. Wchodzi się bocznym wejściem do pomieszczenia gdzie jest jeszcze więcej ochrony a dookoła wszędzie wiszą zdjęcia przedstawiające królową. Ochroniarze wykonują kilka telefonów czy paczka, którą dostarczasz jest "spodziewana" i po sprawie. Nikt nie woła Eli ani jej psów ku mojemu rozczarowaniu. Ale i tak byłam podekscytowana. Podobnie jak w oficjalnym biurze Margaret Tatcher. Mieści się ono na Belgravii w jednym z tych pięknych białych domów dla bogatych ludzi. Byłam tam już kilka razy. Nie wiem czemu ale akurat tam zawszę jadę z jakimiś drogimi butami albo perfumami. Nie wiem o co chodzi ale ze dwa razy dostarczałam nowiusieńkie louboutiny, raz torbę od Chanell, kieckę Chloe. Wątpię, żeby było to prosto dla pani Margaret biorąc pod uwagę, że nie żyje.
Jednym z ciekawszych miejsc, które też regularnie odwiedzam jest główny sklep Gieves & Hawkes. To najsłynniejszy sklep z męską odzieżą w całej Anglii. Poza ubraniami i garniakami szyją również te wszystkie piękne uniformy dla brytyjskiej armii, głównej straży, wszystkich książąt itp itd. Ich główna pracownia jest niesamowita. Wchodzisz i widzisz te wszystkie mundury za szklanymi gablotami jak w muzeum. Cała ulica Saville Row pięknie pachnie przez ten sklep. A panowie (głównie geje) z ich głównego biura są przemili. Jak przyjechałam tam pierwszy raz to przywitali mnie tekstem "o rety jaki piękny kurier! nie to co ci inni spoceni chłopcy". 
Zostańmy troszkę przy temacie mody. Wiem, że czyta to kilka dziewczyn i na pewno nie które z was kochają takie sklepy jak Top Shop, New Look czy Dorothy Perkins. Pracując jako kurier przekonałam się jak ten cały modowy biznes jest tandetny. W Londynie jest ulica Whitecheapell, która słynie z tego, że wszystkie biznesy jakie się tam kroją należą do ciapków. Wiecie: banglagesze, turcy, syryjczycy itp. Jest tam bardzo dużo sklepów z odzieżą. Wyglądają po prostu paskudnie. Odstraszają upiorną wystawą, kompletnym brakiem smaku i zapachem tanich tkanin. Regularnie mam pick up z jednego z takich właśnie sklepów. Gdy byłam tam po raz pierwszy byłam w szoku. Wszystkie te ubrania, które potem są lekko perfumowane, prasowane a następnie elegancko układane na modelach w normalnych już sklepach wiszą niechlujnie robiąc wręcz odpychające wrażenie. Mogę zdradzić, że z tego sklepu dostarczam następnie do biur New Look i Top Shop. To jak te ubrania wyglądają tam a potem jak wyglądają w rzeczywistości, którą znamy to są dwie różne rzeczy. Nawet nie wiecie ile sklep tworzy magii dookoła jednej szmatki. To co się kryje za metką to jest iluzja. Gorzka prawda o tych ubraniach jest taka, że są sprowadzane z biednych krajów gdzie ludzie szyją je za grosze z beznadziejnych materiałów za przysłowiową miskę ryżu. Potem lądują w wielkich pudłach poplątane ze sobą do własnie takich sklepów na Whitecheaper a dopiero później trafiają do ładnych butików gdzie odbywa się pranie naszych mózgów. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie jestem jakąś wojującą lesbijką - weganką - prawa człowieka - prawa kobiet - najważniejsze. Nic w tym stylu. Chcę po prostu podzielić się tą wiedzą na wypadek gdy będziecie w jednym z takich butików i będziecie mieć poważny problem czy aby na pewno chcecie wydać kupę kasy na kawałek banglageskiej szmatki. Poczekajcie na przeceny ;)
Jednym z moich ulubionych biur jest siedziba Marks and Spencer. Nie dalej jak miesiąc temu, w kolejny deszczowy dzień zawoziłam tam jakiś list. Zjeżdżam do Loading bay. Oddaje list i nagle łapie mnie jeden z pracowników. Uśmiecha się od ucha do ucha i pyta:  "to ty jesteś tą kurierką co kocha gwiezdne wojny?". Patrzę na niego, śmieje się i mówię, że jestem jedyną taką jaką znam. Facet znika na chwile, prosi żebym poczekała. Troszkę się nie cierpliwie bo nie mam czasu. Torba pełna, jestem głodna, pada. Wraca z jakąś siatką i mówi, że mogę otworzyć jak wyjadę z powrotem na ulicę. Wsiadam na rower i pedałuję do przodu. Gdy jestem już na ulicy zerkam do torby a tam nowisieńki tshirt z logiem Star Wars i sweter z logiem najnowszej części.Byłam wzruszona. Takie rzeczy przywracają mi wiarę w ludzkość! Poza tym... no bądźmy szczerzy. To było po prostu cholernie miłe! Podobnie jak jedna pani recepcjonistka z Lime Street w zeszłym  tygodniu. Gdy wpadłam do biura byłam spóźniona - tego dnia miałam wypadek z babką, która ni z tego ni z owego wyskoczyła z autobusu prosto na rozpędzoną mnie. Ja upadłam na jej siatki z zakupami a ona gruchnęła o ziemię. Wszystko dobrze się skończyło ale strach mnie obleciał tak czy siak. Ale wracając... wpadam zdyszana na Lime Street. Na kolanach mam ślady po wypadku. Dyszę tak, że ledwo mówię "hello again". Jadę windą, oddaje spóźnioną przesyłkę. Jadę na dół. A urocza pani blondynka daje mi zimny świeży sok z mango i pomarańczy po który skoczyła szybko do Eat po sąsiedzku. Muszę przyznać, że uratowała mi tym życie. To było po prostu strasznie miłe. Niestety nie wszyscy są dla nas tacy mili. Np. w oficjalnym Vague - ta gazeta - babeczki spojrzały na mnie, mierząc mnie wzrokiem zupełnie jak Meryl Streep jako redaktorka Runways w "Diabeł Ubiera się u Prady". Tak samo w oficjalnym offisie Dior.Tam kobieta wręcz z obrzydzeniem dała mi paczkę do ręki. W sklepie Gucciego ochroniarz zagrodził mi sobą przejście do sklepu niczym Gandalf w słynnej scenie mówiąc "You shall not pass!". Kurierzy mają pełno historii. Zaletą naszej pracy jest właśnie to, że codziennie masz nowe przygody. Każdy dzień różni się od poprzedniego. Sytuacje i ludzie są raz miłe raz nie ale zawsze pod koniec dla zasypiam z uśmiechem na ustach a następnie budzę się myśląc "co też mnie dziś spotka".

sobota, 21 maja 2016

czy kurierzy są "fit"?

"Musisz być w świetnej formie skoro tyle jeździsz" - myślę, że każdy kurier słyszy to co najmniej kilka razy dziennie. Mimo naszych twardych mięśni nóg czy tak naprawdę jesteśmy w dobrej kondycji? Czy Ewa Chodakowska może się schować przy kurierach z Londynu?
Adam kiedyś powiedział, że kurierzy faktycznie byli by super "fit" gdyby nie nasz sposób odżywania. Oczywiście, każdy kurier jest inny i jest sporo takich, którzy odżywają się zdrowo a nawet nie piją piwa (?!). Ale potraktuję nas teraz dość ogólnie. Otóż niestety, przez to, że ciągle jesteśmy w biegu często sięgamy po tak zwane śmieciowe jedzenie. Na wstępie dodam, że tutaj większość jedzenia, które będę opisywać nie jest traktowana jako śmieciowe. Wierzcie mi tutaj wasze wymagania wobec jedzenia mocno spadają. Kiedyś myślałam, że fasolka w sosie pomidorowym na śniadanie to paranoja. Teraz? Jajka z fasolką.... mmmm.... już wiem, co zjem rano!
Jednym z najlepszych przyjaciół kurierów jest sieć kawiarni Prett Manager. Jest znacznie tańsza niż Starbucks i mają lepsze jedzenie. Najtańsza kawa w Prett kosztuje 99 pensów. Filtrowa czarna lub z mlekiem. Kawa to nasze paliwo. Kiedyś Atis powiedział mi, że kawę i kurierów łączy magiczny związek. Modne są kawiarnie w stylu "rowerowym", z serwisem jak np. Look mum no hands. No i bariści. Już nawet w Warszawie zauważyłam, że większość z nich ma fioła na punkcie rowerów. Ale do rzeczy. Otóż Prett oferuje sporo dobrego jedzonka w całkiem rozsądnej cenie więc jak nie mam czasu żeby usiąść i zjeść wpadam tam i kupuje wrapa z avocado i czymś tam jeszcze i zjadam jadąc. Jak z kasą kiepsko (czyli prawie zawsze), zamiast do Prett'a idę do Tesco. Szczególnie jak dopada mnie taki mniejszy głód lub pada. Tam mają dział z ciepłymi kanapkami. Tutaj bardzo popularne są wszelkiego rodzaju dziwactwa jak np. ciasto ala francuskie z białą kiełbasą w środku lub plasterkiem steka. Wiem, że to brzmi okropnie ale wierzcie mi... pycha! Kupujesz takie coś, bierzesz w łapę, zjadasz i od razu dzień staje się lepszy. Wszelkie fastfoody... mcDoland czy Subway. Zwykle w piątek gramy z Adamem w grę, którą wymyśliła Rosa. Za każdego kuriera, którego znamy i  zobaczymy na drodze tego dnia dostajesz 1 punkt. Jak widzimy się wzajemnie to dostajemy extra po 2 punkty. Jeżeli widzisz tego samego kuriera kilka razy to za każdy następny 0.5 punkta. Na Leather Lane po pracy podliczamy swoje punkty i przegrany kupuje kanapki w Subway'u. Zawsze bierzemy to samo - dwa razy "italian BLT" na tym serkowym pieczywie. Dla Adama z sałatą, kukurydzą i pomidorem, dla mnie z sałatą, ogórkami, pomidorem i czarnymi oliwkami. Napoje gratis ale zwykle mamy w kieszeniach piwo. No właśnie. Alkohol. Nie oszukujmy się, piwo tuczy i to bardzo. Ja nie pije codziennie ale chłopaki ZAWSZE po pracy wypijają przynajmniej jedną puszkę. Są weekendy, że ciągle coś się dzieje, jak ostatnio - tu grill, tu zawody. Kilka piwek na słoneczku a mięsień piwny rośnie. Potem jedziemy na pizze to New York Fold, potem jakieś lody...
A właśnie. Cukier.  Teraz jak o tym pisze to zjadam tosta z dżemem. Ktoś kiedyś powiedział, że rower to maszyna napędzana cukrem i powietrzem. I jest to cholernie celne stwierdzenie. To może zrozumieją bardziej kobiety... bo gdy kobieta ma "te dni" ma straszną ochotę na słodkie. OGROMNĄ. To kurierzy mają coś takiego cały czas. Connor zjada tyle tabliczek czekolady, że kupuje w Sainsburym najtańsze bo na Cadburry nie chce już tyle wydawać. Ostatnio stwierdził, że je za dużo więc zamiast czekolady je batoniki Snickers. Twierdzi, że są zdrowe bo przecież mają orzeszki. Wspominałam, że codziennie na Leather Lane zamykają Gregg'sa i można wziąć kanapki za darmo? Rozdają też pączki, croissanty i różne inne wypieki. Zawsze biorę słodkie! Mam nawet swoje ulubione punkty kupowania wypieków. Jak mam pick up z Whitfield Street to za rogiem jest takie urocze Tesco z ogromnym działek świeżo pieczonych ciastek. Zawsze kupuje tam a to pączka, a to croissanta albo mojego ulubionego cynamonowego zawijasa z lukrem. Jak pada deszcz a ja nie mam zleceń to nie ma nic lepszego niż usiąść w Prett'cie zamówić te tanią kawkę i zjeść czekoladowego croissant'a. W Sainsburym natomiast mają sześciopak pączków takich ala nasze polskie z dżemem za 70 pensów. One ratują życie nie raz! Od razu dodam, że to nie jest tak, że nie staram się jeść zdrowo. Serio bardzo się staram! Ale jako kurier jesteś po prostu WIECZNIE głodny. Żeby wam to uzmysłowić opiszę jak pod kątem jedzenia wygląda mój dzień:
6.30 rano: wstaje, wypijam gorącą wodę z cytryną, parzę kawę we french pressie, robię śniadanie i jedzenie na póniej
7.00: jem śniadanie. Zwykle są to: dwa tosty ciemnego pieczywa, dwa smażone jajka na oliwie z oliwek, jakieś warzywa, sałata lub rukola, ser, szynka. Wiem, że wydaje się to strasznie dużo ale wierzcie mi... jak nie najecie się przed kilku godzinną jazdą to zaraz będziecie głodować!
9.00: jak nie mam zleceń piję kawę. Darmową w Waitrose lub tę za 99 pensów w Prett, jak jestem przy kasie to kupuje coś słodkiego do kawki.
12.00-12.30: dopada mnie mały głód niczym ten żółty potworek z reklamy Danone. Biega za mną jak pedałuje przez miasto. Zjadam jabłko lub batonika, ostatnio staram się kupować batoniki typu flap jack. To takie pseudo zdrowe, ziarniste cuda.
14.00-15.00: jestem strasznie głodna. Zjadłabym konia z kopytami. Czasem trafia mi się chwila przerwy w tym czasie więc zasiadam w parku i pałaszuje na trawie. Jak nie to zjadam pomiędzy zleceniami. Stojąc dosłownie na chodniku przy rowerze. Co robię sobie na lunch do pracy?
Zwykle jest to ryż, kasza lub makaron z warzywami. Np. mozarella, suszone pomidory, makaron, szpinak. Albo jak dziś: makaron, tuńczyk, majonez light, kukurydza i sałata.
17.00: znowu burczy mi w brzuchu. Zwykle o tej porze mam sporo pracy więc staram się zignorować głód tym bardziej, że może uda mi się wyrobić na zamknięcie Gregg'sa i dostać coś za free. Jak wiem, że to na pewno nie nastąpi kupuje coś w sklepie i zjadam jadąc.
19.00: jeżeli nie jestem na Leather Lane to gotuje coś w domu. Czasem nie jest to nic wyszukanego. Dziś miałam frankfuterki (jeszcze z Polski od taty!), pomidor, sałata i bagieta. Wczoraj: rybka, ziemniaki i groszek. Czasem po prostu zjadam ciepłego, cynamonowego bajgla. Chyba, że moi współlokatorzy coś upichcą. Timi robi świetne azjatyckie zupy ( jest z Tajwanu) a Cezar najlepsze makarony (jest z Hiszpanii).
Po 20'tej staram się nie jeść ale różnie to bywa. Idę spać około 22 i jak pomyślę sobie ile dziś zjadłam to mnie to przeraża. Ale z drugiej strony - kurierzy nie tyją. Pewnie, że kilogramy spadałaby jak szalone gdybym trzymała się jakiejś diety ale to jest nie możliwe. Potrzebujemy paliwa! Piwa? ;)

poniedziałek, 9 maja 2016

rowery i charaktery

Tak jest! Przyszło! Po długiej na szczęście nie zbyt chłodnej zimie, totalnie omijając wiosnę przyszło lato. Zaskoczyło nas kurierów niczym zima kierowców co roku w Polsce. Pogoda jest absolutnie fantastyczna. Pomijając dzisiejszą chwilową ulewę. Ręce, kark, nos i nogi mam lekko przypieczone słońcem. Miniony tydzień był ogólnie kompletnie na opak. Ominą nas poniedziałek z powodu bank holidays, we wtorek zrobiliśmy sobie mały piątek czego żałowaliśmy w środę rano. Czwartek przeleciał jak szalony a piątkowa noc zakończyła się w sobotę późnym popołudniem.
Ale właśnie, te piątkowe, wtorkowe które kolwiek "owe" szaleństwa były by niczym gdyby nie ludzie! Kurierzy mam na myśli. To ludzie kompletnie oderwani od rzeczywistości. Bo przecież kto normalny pracował by w taki sposób? Nadstawiać karku dla czyjegoś kontraktu, pudełka czekoladek, koszuli od Hawikes czy tam cudzego paszportu?! Wiecie, no trzeba być lekko nienormalnym. Ja osobiście uważam, że z kurierami i naszą pracą ogólnie to jest jak z kozim serem. Można to kochać albo nienawidzić. Rozumiecie? Nie da się troszkę lubić koziego sera, ma zbyt charakterystyczny smak, który dla sympatyków tego produktu jest rozkoszą podniebienia dla reszty natomiast ( w tym mnie) smakuje jak koza dosłownie. Tak samo nie da się troszkę lubić takiej pracy, nie da się troszkę lubić tych ludzi. Chyba, że kompletnie nie zdajesz sobie sprawy z ich istnienia jak ja kiedyś. Wtedy oczywiście są ci obojętni. Każdy z nich jest kompletnie inny jednak sporo nas łączy. W zasadzie nigdy nie spotkałam tak szalonych, kreatywnych a jednocześnie porąbanych ludzi. Zawsze wiedziałam, że przyciągam takich wariatów bo sama nie jestem normalna ale tutaj to zdecydowanie osiągnęło inny wymiar. Jednym z najbardziej charakterystycznych osób w tym zacnym gronie jest BBQ Mike. Barbie - bo tak go większość z nas nazywa pochodzi z Australii. Nikt do końca nie wie ile ma lat ale sądząc po zmarszczkach i jego historiach ale chyba ze 40. Jest szczupły, niski i rudy. Mieszka na squcie z innymi kurierami. Szczerze mówiąc to najbardziej szaloną rzeczą w BBQ jest to, że on w ogóle jeszcze życie. Bardzo rzadko zdarza mi się widzieć go trzeźwego. Podobno ma zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych aż do 2026 roku. Wiem, że pracował tam jako kurier ale nie wiem co przeskrobał. W zeszłym roku chłopaki pojechali na mistrzostwa świata kurierów do Mediolanu. BBQ standardowo nie trzeźwiał. W dzień wyjazdu wszyscy widzieli go gdzieś leżącego pod schodami a miał wracać samolotem. Kilka godzin później jeden z kurierów zadzwonił do niego czy żyje. BBQ żył i już był w centrum Londynu w dodatku już lub wciąż nie trzeźwy. Jest to po prostu człowiek legenda. Jednocześnie jest dobrym kolegą. Zawsze daje mi karty z Gwiezdnych Wojen. Jak dostałam pracę to sprzedał mi tanio porządną, kurierską torbę. Nawet poznał moich rodziców! Żona mojego taty stwierdziła potem, że żałuje, że nie zrobiła sobie z nim zdjęcia.
Kolejnym z ciekawszych postaci jest Shane. Niestety wyjechał w marcu do Włoch po drodze żeniąc się ze swoją partnerką na Giblartarze czym zaskoczył nas wszystkich.
Shane również jest z Australii ale z nieznanych przyczyn mówi z amerykańskim nieco kaliforńijskim akcentem. Atis, kurier z Rygi stwierdził, że jak rozmawia z Shane'em to ma ochotę na woskować deski z kumplami i poserfować. Pamiętam, że Shane w odpowiedzi wybuchną śmiechem a potem dodał, że woskowanie desek to nie jest jakaś bardzo socjalizująca czynność, którą robi się z kumplami.
Z Shanem poznałam się w pewien grudniowy piątek na Leather Lane w czasie zawodów Alleycats, którym z pewnością poświęcę całą notkę bo to kolejny szeroki temat. Gdy chłopaki wystartowali, Shane rykną mi do ucha " co to za zawody dla kurierów bez kurierskich toreb". I tak to się zaczęło. Potem okazało się, że Shane poza byciem kurierem jest również tatuażystą i to świetnym! Więc, aktualnie mam całe przed ramię już przez niego wydziarane.
Ten człowiek nie tylko jest cholernie utalentowany w tej dziedzinie ale jest również bardzo uduchowiony ale broń boże nie religijny. Ma gigantyczny nos, długie włosy i ogólnie wygląda jak taki niedomyty włóczykij. Swego czasu jako kurier w Australii rozwoził kwiaty. Uważam, że to cholernie urocze. Wiecie, jak jedziesz z listem, umową, kontraktem czy wizą no to bądźmy szczerzy, nikt się nie ekscytuje poza ewentualnie samym sobą jeżeli wyrobiłeś się w dobrym czasie. Ale jak przywozisz kwiaty to wszyscy się cieszą. Bo to po prostu miłe dostać kwiaty. Brakuje mi tych głębokich rozmów o sensie wszechświata i pozytywnej energii jaką ludzie powinni nosić w sercach.
Prawdziwym człowiekiem zagadką jest Lennox. Nigdy nie pracował jako kurier i pewnie nigdy nie będzie. Ogólnie do końca nie wiadomo czym się zajmuje. Ktoś wspominał, że pomaga przy food markecie na Leather Lane w ciągu dnia. Nikt nawet nie wie gdzie Lennox mieszka i czy to faktycznie jego prawdziwe imię. Lennox po prostu jest przyjacielem kurierów, Full City i Leather Lane od lat. Zna się na rowerach. Jest fantastycznym kolegą i jednocześnie najgłośniejszym. Czasem ku uciesze chłopaków dzieli się trawką za darmo. Ku mojej uciesze natomiast czasem kupuje mi piwo. Zawsze nazywa mnie "miss star wars". Jest bardzo spostrzegawczy, mam wrażenie, że przez oczy zagląda mi prosto w serce. Jest też dość nerwowy, szczególnie po kilku/kilkunastu ciderach. W któryś kwietniowy piątek około godziny 17 było już sporo kurierów na Leather Lane. Jako, że było to dość wcześnie, wszyscy mieli jeszcze włączone radia w razie gdyby dostali zlecenie. Zrobiła się istna symfonia radiowa., która podziałała Lennoxowi na nerwy. "Czy wszyscy kurierzy, którzy nie mają ochoty już dziś pracować mogą wyłączyć radia?! Chce słyszeć wasze rozmowy a nie waszych kontrolerów!".
Mamy z Adamem jednego kolegę, starszego kuriera. Na imię mu Clym. Jest w wieku mojego ojca. Pracuje jako kurier ponad 30 lat! Poznaliśmy go za czasów gdy Adam pracował dla "Stuart'a" a ja w Deliveroo. Clym wygląda jak każdy inny kurier, jest nie za czysty, nosi spodnie 3/4, ma umięśnione łydki i mały piwny mięsień. Lekko siwawy ale w tym wieku to normalka. Clym również zachowuje się jak każdy inny kurier. Pije piwo, wiecznie gada o rowerach i przygodach na drodze. Ale! Chodzi o to, że Clym to jednocześnie zupełnie przeciętny rodzinny facet. Jak patrzy się na jego zdjęcia z fejsbuka to wygląda jak Kevin Spacey w filmie "American Beauty". Nosi koszulki polo, normalne spodnie. Pozuje do zdjęć z uroczą żoną i córeczką przy zamkach, knajpach i górach - typowe fotki z wakacji. Na fejsbuku wygląda po prostu jak każdy inny facet w tym wieku. Adam i ja czasem przeglądamy te zdjęcia, ja płacze ze śmiechu gdy Adam pokazuje mi zbliżenie na Clyma jedzącego krewetki w Barcelonie i mówi "uwierzysz, że ten człowiek jest kurierem od 30 lat?".
Żeby nie było, że ten nasz światek jest aż tak zdominowany przez facetów (a jest mimo wszystko) przedstawię wam chociaż jedną dziewczynę. Kurierek jest zdecydowanie nie wiele. Ja osobiście znam tyko kilka w tym siebie. Jednak jedną z najbardziej interesujących jest moim zdaniem Lajla. Co prawda z tego co czuje, ona za mną nie przepada ale nie będziemy się tym przejmować. Lajla pochodzi z Litwy. Jest chyba ciut starsza ode mnie. Przepiękna brunetka, ma kilka świetnych tatuaży i zawsze ciekawy makijaż. Poza tym, że pracuje jako kurier jest też mechanikiem w Full City. Jak wspominałam kurierek jest nie wiele ale kurierek, które pracują jako mechanik jest jeszcze mniej! Możecie sobie wyobrazić jakie ma powodzenie wśród klientów Full City i oczywiście samych kurierów. Myślę, że Georg poza tym, że szanuje ją jako świetnego pracownika, traktuje ją też troszkę jako maskotkę sklepu. Nie zrozumcie mnie źle, Lajla nie jest słodką, uroczą dziewczyną. Wręcz przeciwnie. To pewna siebie, dojrzała babka! Ale facetom miękną kolana jak wychodzi i pyta się w czym pomóc a jeszcze bardziej twardnieją inne rzeczy jak Lajla zabiera się na ich oczach za ich rower.
Na początku tego posta, napisałam, że każdy z nas jest inny ale sporo nas łączy. Chodzi o to, że część z nas pracuje w ten sposób bo nie chciała normalnego życia. Niektórzy tak jak ja, istnieli i ciągle czuli, że nie pasują. Myśleli, że odnajdą się jakoś w dzisiejszym systemie, że jakoś to będzie. Ale to nie dla nas. Tak jak nie da się nagle polubić koziego sera. Mamy szczęście, że robimy to co kochamy. I to właśnie nas scala. Pasja do rowerów, która jest zaraźliwa i odrobina szaleństwa ale z tym to już trzeba się urodzić.

sobota, 30 kwietnia 2016

grad, pot i ... łzy ?

Kiedy większość normalnych ludzi popija sobie poranną kawkę w ciepłym biurze na wygodnym miękkim krześle, my tymczasem nabijamy kolejny kilometr nie raz w deszczu, gradzie lub (nie daj boże) śniegu. Ale właśnie? Kto ma lepiej?
Postanowiłam zrobić małe zestawienie wad i zalet mojej pracy - co by każdy nie miał wątpliwości - w razie czego w co się pakuje. Gdyby naszła was chęć na przebranżowanie się ;)
Zacznę od wad, żeby tak nieco bardziej pozytywnym akcentem zakończyć.
Tak się składa, że kiedy to pisze mamy sobotę. Miniony tydzień nie był łatwy w kwestii pogody. Jak wiadomo mieszkam w Londynie. Tym, którzy nie znają wysp pewnie to miasto kojarzy się z nie ustającym deszczem i mgłą. Od razu zaznaczam, że nie jest tak źle. Nie jest tak, że tutaj pada non stop. Są całe tygodnie kiedy pogoda serio dopisuje i w wolnej chwili można się wylegiwać w parku na trawie a po pracy sączyć piwko w plenerze. Ale właśnie... gdy już pada.
Ja osobiście wyróżniam trzy stopnie deszczu. Gdy pracuje a właśnie leje wygląda to mniej więcej tak:
pierwsza godzina opadów: jadę bez kurtki. Mam bluzę z kapturem. Wszystko jest jeszcze w miarę suche. Zawsze mam makijaż, w pierwszej godzinie deszczu, makijaż jest jeszcze na właściwym miejscu.  Myślę sobie "zaraz przestanie". Nie będę tracić cennych minut na zakładanie kurtki tylko po to żeby zaraz ją ściągnąć. Jestem lekko podirytowana i w głowie nucę sobie piosenkę "why is it always rain on me".
Druga godzina opadów: bluza jest przemoczona. Zakładam kurtkę. Jestem zła, że wciąż pada ale wszystko pod kurtką jest wciąż suche. Buty też. Makijaż spływa ale jak tylko jestem w jakiejś windzie szybko go naprawiam. Ludzie w loading bay i recepcjach zagadują, że musi być mi ciężko jeździć w taką pogodę. Jestem uprzejma, uśmiecham się i rzucam "taka praca". W głowie myślę sobie "no ku*wa może się zamienimy". Modlę się żeby Jay nie wysyłał mi kolejnych zleceń ale spadają na mnie intensywnie jak ten deszcz.
Trzecia godzina opadów: jestem totalnie wku*wiona. Nie ma na mnie już nic suchego. Jednocześnie jest mi kompletnie obojętne czy będę miała więcej zleceń. I tak już bardziej nie zmoknę. Makijaż całkowicie spłyną więc wyglądam jak Courtney Love wracająca z imprezy. Gdy ktoś w recepcji zagaduje o pogodę staram się być miła ale mój ton nie brzmi zbyt uprzejmie. Mam ochotę na kawę, ciepłego croissanta. Tęsknie za swoją białą kanapą i kocykiem. Opony ślizgają mi się na jakiś dziwnych cegłach przy More London gdzie mam pick up. Upadam prosto na kolana i prawie ryczę z bólu. Siodełko mi się przekręca a ja cholera nie mam odpowiedniego klucza żeby go przekręcić z powrotem. Wpadam na Adama, wiem, że ma ten klucz. Przynajmniej tyle. Następnego ranka gdy pada, Adam wysyła mi sms'a "postaraj się dziś nie przewrócić".
Pogoda. Czasem totalna wada naszej pracy. A deszcz to jeszcze nic przy zamieci gradowej, która złapała mnie wczoraj przy pałacu Buckingham. Myślałam, żeby zadzwonić do biura i powiedzieć, że źle się czuje jadę do domu. Ale jestem nowa, jestem kobietą. Ciągle chce udowadniać sobie i inny, że jestem silna.
Gdy jeździsz w deszczu czy nie, czasem musisz iść do łazienki i z tym też nie jest łatwo. W niektórych biurach łazienki są na korytarzach, więc łatwo się szybko wślizgnąć za nim wyjedziesz na drogę. Mam nawet swoje regularne łazienki, które odwiedzam np. w biurze wizowym przy Queen Victoria Street. Jednak czasem to nie jest takie proste i wtedy szukasz pubu albo kawiarni. Najlepiej iść do pubu, szczególnie Wetherspoons bo one zwykle są duże i mają pełno ludzi, nikt nie zauważa przemykającego, ubranego na czarno kuriera, nawet jeżeli jej radio nadaje jak szalone.
Czasem trzeba zejść do łazienki po schodach w dół. Tam radio nie odbiera. Wychodzisz potem z powrotem na zewnątrz i słyszysz jak Jay ryczy "129 !!!! DLACZEGO NIE ODPOWIADASZ JAK CIĘ WOŁAM". Raz byłam zdenerwowana więc wrzasnęłam: "BO BYŁAM W ŁAZIENCE". Jay nie spodziewał się takiej szczerości.  Adam natomiast opowiadał mi ostatnio o jakimś kurierze, który był w loading bay tego znanego budynku, który wygląda jak ogórek zresztą nazywa się "the Gerkin". Koleś podobno wysikał się w jakimś koncie w ich loading bay  bo myślał, że nikt nie patrzy ale jednak... ktoś patrzył i do dziś nasz bohater ma tam zakaz wstępu. Zdziwiło mnie to bardzo, nawet nie fakt, że koleś wysikał się w loading bay... bardziej to że przy samym "ogórku" jest starbucks, Eat, jakiś pub i Costa. Mnóstwo muszli do sikania.
Kolejna sprawa związana z łazienką, która dotyczy chyba bardziej kobiet to problem dużej torby. W sensie... wiece jak małe są czasem te pomieszczenia z ubikacją? To wyobraź sobie że masz na plecach wielką kurierską nie raz wypchaną torbę. Za nim w ogóle wejdziesz do tej ubikacji i przekręcisz się żeby skorzystać mija sporo czasu. Serio to jest tragedia. Jeszcze nie raz strącisz jakieś mydełko albo odświeżacz powietrza. Taak.. kwestia łazienki to zdecydowanie wada.
Dla niektórych najistotniejszą wadą tej pracy są pieniądze a raczej ich brak. Wierzcie mi, nie ma czegoś takiego jak bogaty kurier. Chyba, że mieszkasz z rodzicami, którzy płacą za wszystko łącznie z twoim rachunkiem za telefon. Znam takiego. Ale poza nim to serio, nie jest łatwo. W większości firmach płacą tygodniowo. Dostajesz tyle ile wyjeździsz ale nie kilometrów, mili czy godzin. Dostajesz tyle ile zleceń wykonasz. Wiem, że można zrobić 500 funtów na tydzień ale trzeba być super szybkim i mieć dość dobrą minimalną stawkę za tak zwany "docket". U mnie w firmie mamy tak zwane "guarantee" czyli jeżeli tydzień był słaby i było mało zleceń ja i tak otrzymam jakąś tam umówioną stawkę.
Kurierzy nie mają ubezpieczeń na rower, płatnych urlopów czy L4. Nie pracujesz - nie zarabiasz. Dlatego związek do którego należy większość z nas bardzo aktywnie walczy o te wszystkie rzeczy. Ja do końca nie rozumiem co tam się dzieje. Na ostatnim spotkaniu sporo było mowy o sądzie i płatnych urlopach ale mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby zrozumieć całą tą prawniczą gadkę. Zapytałam Adama o co mniej więcej chodzi ale on stwierdził, że praktycznie też nic nie zrozumiał. A wiecie...Adam urodził się tutaj...
Zdecydowana wada dla niektórych to przewożenie ciężkich paczek. Nie zdarza się to często ale jednak. Ja tego nie lubię bo zwyczajnie jadę wtedy znacznie wolnej. A przecież w tej pracy chodzi o to żeby być szybkim. Adam mówi, że on to lubi wozić ciężkie pudełka bo wtedy czuje się jak prawdziwy kurier. Ja jak kurier czuje się kiedy nim jeszcze wejdę do jakiegoś ekskluzywnego biura, ochroniarz kiwa na mnie przez szybę, ze mam kierować się w drugą stronę szukać post room'u.
Kolejną rzeczą to zmęczenie i kolana. Kolana bolą mnie nawet teraz kiedy to pisze. Słyszałam, że za kilka miesięcy może przestanie, jestem więc dobrej myśli. Jeżeli nie jesteś odporny na fizyczne wykończenie to ta praca jest zdecydowanie nie dla ciebie. A tak właściwie to wyobrażacie sobie, że jakaś babeczka na recepcji zapytała mnie ostatnio kiedy mam czas na siłownię skoro tyle jeżdżę? SERIO? Spojrzałam na  na nią jak na kretynkę i odpowiedziałam, że nie lubię pocić się w miejscu publicznym.
Najbardziej znaczącą wadą, którą jedni mogą traktować jako zaletę jest niebezpieczeństwo. Naprawdę... jest jak pisze  Emily Chappel w swojej książce o byciu lodyńskim kurierem "what comes around" - "jesteśmy szaleni żeby tu być ale wybraliśmy to".
Nasz zawód jest podobno na liście najbardziej niebezpiecznych zawodów. Na tej samej są górnicy a ja jestem ze Śląska i byłam na kopalni sporo razy. Uważam, że to lekka przesada bo kiedy oni smażą się pod ziemią kopiąc i skubiąc w skałach ja z uśmiechem pokonuje ulicę. Ale istnieje ryzyko. I to duże. W jednym z dokumentów o kurierach jaki oglądałam, ktoś powiedział "jeżeli nie miałeś wypadku to znaczy, że nie jeździłeś wystarczająco dużo".
Sporo zależy od nas samych. Ja staram się aż tak nie narażać. Nie przeskakuje wszystkich możliwych świateł, nie słucham muzyki przez słuchawki no i mam hamulce. Nie którzy moi przyjaciele na fixach nie mają żadnego hamulca. Ciągle powtarzam Adamowi, że stanie się coś złego jeżeli nie będzie miał chociaż przedniego. Ale on jako 21 letni dzieciak, który lubi się popisać nie słucha i uważa, że używając tak zwanego "skida" (techniki, która polega na hamowaniu używając siły mięśni nóg) jest w stanie zatrzymać się w sekundę. Nie jest. Ale to ich wybór.
Ale nawet ja miewam sytuacje, że myślę sobie "uff było blisko". Jednak nie noszę kasku. Wiecie ... on strasznie psuje fryzurę ;)
Dla mnie to ryzyko jest jednak też zaletą. Lubie czuć adrenalinę. Wtedy serio czuje, że żyje. Jadąc przez te wąskie pełne aut, autobusów i pieszych ulice kocham to wszystko szybko omijać czując, że jestem milimetry od możliwej kraksy.
Ogromną zaletą jest to, że jesteś tylko ty i rower. No i radio ale zawsze możesz je wyciszyć. Nie ma, kogoś kto cię poprawia albo zwraca uwagę, że czegoś tam nie zrobiłeś albo o czymś zapomniałeś. Jak jesteś w nastroju to ucinasz sobie pogawędki w biurach, dowcipkujesz i jesteś duszą towarzystwa. Jak nie masz ochoty to po prostu milczysz i jadąc rozmyślasz nad kwestią istnienia.
Nawet jak masz kaca i chcesz umrzeć to jeździsz i nim się obejrzysz już czujesz się dobrze. Gdy nie masz zlecenia możesz siedzieć sam na ławce w parku zjadając swój lunch obserwując wiewiórki albo możesz wpaść do Full City gdzie Georg zabawi rozmową, naciągnie twój łańcuch. Zawsze znajdzie się tam jakiś inny kurier więc od razu robi się wesoło.
Inni kurierzy... to jak rodzina. Przyjaciele, którzy wiedzą co czujesz. Możesz mieć podły dzień w pracy. Same długie dystanse. Padasz na twarz. Ale jedziesz na Leather Lane i wiesz, że oni rozumieją. Zawsze znajdzie się ktoś kto miał dziś gorzej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postawi ci piwo lub kilka jak jesteś spłukany do piątku. Ktoś da ci kanapkę z greggs'a lub EAT jak umierasz z głodu. Ktoś zawsze posłuży ci radą jak błądzisz na ulicy i nie możesz znaleźć jakiegoś numeru. Oni są zawsze dookoła. Jak pada i leje już tak trzecią godzinę to widok znajomej uśmiechniętej twarzy z drugiej strony ulicy zawsze rozjaśnia ci dzień. Jest jak w piosence The Beatles " With a little help from my friends". Dosłownie.
Dla mnie samej ogromną zaletą jest po prostu bycie na dworze. Jako kurier mam okazje widzieć jak budzi się do życia przyroda. Widziałam jak kwitną piękne magnolie w świetle poranku i zachodu słońca. W pochmurny dzień jadąc przez most Blackfriars widzisz jak promienie słońca padają tylko na kopułę katedry św. Pawła. Jadąc przez Hyde Park czujesz zapach świeżo skoszonej trawy. Widzisz jak słońce i obłoki odbijają się od szklanych ścian budynku Shard'a. Widzisz całe, galowo ubrane wojska. Od tych znanych w czerwonych mundurkach z czarnymi wielkimi czapami po jakiś dziwacznych z innych krajów w dzwońastych spodniach i niebieskich kubraczkach. Widzisz finezyjnie ubranych ludzi w białej karecie jak z kopciuszka ciągniętej przez dwa piękne konie. Znacie te żywe posągi? Tych ludzi, którzy malują się cali na złoto lub zakładają strój mistrza Yody i siadają na dziwnej konstrukcji, która potem ma wyglądać że niby unoszą się w powietrzu. Z samego rana na Trafalgar Square widzisz jak się przygotowują. Obserwujesz te wszystkie korpo szczury, które w drogich marynarkach pędzą z metra do biura gdzie spędzą resztę dnia. Czujesz zapach pięknych żółto-czerownych kwiatów, które nie dawno posadzili przy pałacu Buckingham. Otacza cię to wszystko, to wszystko jest twoim biurem, całe miasto z jego przygodami i wiesz, że nic cię w tym momencie w życiu nie omija. Może i jesteś spłukany, zmęczony i szukasz knajpy żeby skorzystać z łazienki ale jesteś szczęśliwy. Cholernie szczęśliwy.

sobota, 23 kwietnia 2016

"jesteś przecież kurierem" - czyli argument na wszystko

Naszło mnie dziś na gotowanie polskich potraw. Rosół powoli sobie "pyrka", będzie sałatka jarzynowa, schabowe z mizerią i ziemniaki.
Ale do rzeczy.
Na czym polega zawód kuriera?
Ogólnie rzeczy biorąc na przewiezieniu przesyłki od nadawcy do adresata w możliwie jak najkrótszym czasie. W standardowym wyposażeniu każdego z nas jest oczywiście rower, radio, które służy do komunikowania się z kontrolerem - człowiekiem, który wysyła zlecenia, telefon lub/i Xda oraz możliwie duża torba lub plecak. W firmie w której pracuje korzystamy z aplikacji na telefon. Wygląda do tak, że każdego ranka loguje się do aplikacji, następnie sącząc darmową kawę w Waitrose czekam aż Jay (mój kontroler) wywoła mnie przed radio. Dla nich funkcjonuje jako 129. Rosa moja kumpela to 125. Tak jest... zostaliśmy numerami. Niektóre firmy korzystają z pseudonimów. Adam pracował kiedyś dla CitySprint (jednej z największych firm kurierskich) tam nazywano go Biggie Smalls. O ile pamiętam Connor to Sugardaddy a Scot - CandyCrusher. Wymyśliłam sobie, że jak kiedyś przejdę do tej firmy, będę się nazywać WonderWoman lub PrincessLeja.
Zwykle około 9 rano przez radio słyszę "129! mornig morning some details for you" . Wtedy odpowiadam "129 ROGER". Roger to najczęściej padające słowo z każdym kurierskim radiu. Jest to pewnego rodzaju akceptacja tego co kontroler stara się przekazać. Coś na zasadzie "tak jest, przyjęłam". Nigdy się zastanawiałam się dlaczego właściwie Roger a nie na przykład Brayan albo inny Joe. Funkcjonują również przeróżne kombinacje naszego Rogera. Roger Dogger, Rogaaa, Rog itp.
Przez radio mile widziane są raczej krótkie komunikaty gdyż kontroler nie jest tam tylko po to żeby z tobą plotkować. Jeżeli właśnie odebrałam przesyłkę mówię tylko "129, POB" co oznacza "package on board". Gdy właśnie coś dostarczyłam i wiem, że w mojej torbie nie ma już żadnych innych przesyłek mówię "I am empty". Wszystkie te zwroty są używane w zwyczajnych kurierskich rozmowach. Gdy dzwonię do Adama, żeby złapać się na kawę pytam go "are you empty now?". Podobnie jest z rogerem. Jest to nasza odpowiedź na wszystko.
Czasem zdarzają się dłuższe rozmowy z kontrolerami. Lubię ich słuchać w czasie jazdy, czasem można się serio pośmiać gdy Jay zacznie sobie podśpiewywać jakieś stare hity albo gdy się wkurza bo ktoś nie odbiera przed radio. Jakiś czas temu usłyszałam, że skopie nam za to tyłki. Za nie odpowiadanie przed radio, a nie przez słuchanie jak śpiewa. Adam, w aktualnej firmie znany jako Kilo33, mówi, że u niego przez radio kontroler non stop opowiada o swoim życiu prywatnym. Szkoda, że Jay rzadko dzieli się jakimiś pikantnymi szczegółami. Na dobrą sprawę to ja nawet nie wiem jak on wygląda a słucham jego głosu prawie 10 godzin dziennie. Jest z nami od niedawna i jakoś nie było powodów w ostatnim czasie żeby jechać do biura na Acton.
Niektóre dni bywają bardzo powolne. Jedziesz sobie z jednym listem, dostarczasz a potem przez 30 minut sączysz kawkę u Georga w Full City z jego przelewowego ekspresu. Osobiście uwielbiam tę kawę u niego. Czasem jest tak, że jest dopiero dwunasta a ja już przejechałam cały Londyn i to kilka razy. Bywa, że w ciągu dnia nie ma nowego zlecenia przez godzinę. Lubie wtedy rozłożyć się na trawie z którymś z parków. Mam kilka ulubionych. Lincoln Fields jest jednym z moich faworytów w dodatku w samym centrum, zaraz za stacją Holborn. Kładę rower, torba pod głowę, radio w łapie i zamykam na chwilę oczy dopóki nie usłyszę "129!". Są takie dni, że jedziesz i nie ma czasu na żadną kawę lub jedzenie. Dlatego zawsze mam jabłko i jakiegoś batona. Można jechać i w  między czasie przeżuwać. Ostatnio jakiś taksówkarz bez przyczyny, krzykną na mnie, żebym przestała z łaski swojej jeść. Pomachałam mu jabłkiem przed szybą i spytałam czy chce gryza.
Ogólnie londyńskie taksówki to najwięksi wrogowie kurierów. Jest to wzajemna nienawiść. Jeden z kurierów ma wytatułowane na łydkach "fuck taxies".Ci taksiarze muszą go serio nie znosić. Rosa natomiast naszyła sobie na getrach "love taxies" ale wątpię, żeby jaki kolwiek taksiarz był dla niej w związku z tym milszy.
W ciągu dnia jak tak sobie kurieruje najmilej jest spotkać kogoś znajomego na drodze. Znacie ten moment gdy jesteś w autobusie, mija was kolejny autobus  kierowcy machają sobie lub przybijają piątką na światłach? To samo jest z kurierami. Zwykle jesteśmy w wirze pracy więc czasem miniemy się dzieląc tylko uśmiech lub kiwnięcie głową. Chyba, że jest to Adam, który ma słuchawki na uszach, znowu mnie nie widzi i ja pędzę za nim jak wariat krzycząc na całe ulice jego imię.
Czasem spotykasz innego kuriera przy budynku z którego właśnie masz pick up lub dostawę. Wtedy zawsze pada pytanie jak bardzo jesteś dziś "busy", lub w moim przypadku "nie wiesz gdzie mają loading bay?". Ponieważ jak wiadomo jestem na drogach dopiero od niedawna i ciągle mam z tym kłopot. Gdy popadam już w całkowitą panikę bo nie mogę znaleźć budynku lub jakiegoś post room'uy dzwonię do Adama bo w 99% on kiedyś już tam był.
Wolę zapytać jego niż Jay'a przez radio ponieważ on pewnie odpowiedział by "powinnaś wiedzieć, jesteś przecież kurierem".
Zdarza się, że jakiś kurier, którego nie znam zagada do mnie na drodze. Dziewczyn kurierek jest nie wiele dlatego stanowią one swoistą atrakcje. Bycie kobietą jednak nie sprawia, żeby kontroler traktował cię łagodniej niż innych. Dostajemy tyle samo zleceń co faceci i wozimy ciężkie przesyłki. Czasem ludzie z recepcji są w szoku gdy dostarczam jakieś mega ciężkie pudło dokumentów. Wiedzą, że wiozłam to na swoich plecach całą drogę przez miasto. Raz trafiło się, że to odebrania było kilka wielkich pudełek. Tego nie byłam w stanie wcisnąć do swojej torby więc dałam znać Jay'owi przez radio, żeby wysłał po to kogoś z samochodem.
Pod koniec dnia prawie zawsze zaglądam na Leather Lane. Kupuje truskawkowy cydr w alkoholowym obok Full City i wypijam go dosłownie w minutę. Jeżeli jestem przed osiemnastą, zjadam którąś z kanapek z Greggs'a, którego właśnie zamykają i rozdają za darmo to co się nie sprzedało. Wpada tam pewna starsza pani, z Polski. Zdaje się, że ma na imię Wanda. Zawsze mnie zagaduje i zadaje mnóstwo nie zręcznych pytań, takich jak "a czemu nie masz męża". Ale jako dobrze wychowana polka grzecznie na wszystko odpowiadam i z udawanym zainteresowaniem słucham o jej wnukach. Do późnego wieczora gadam z kurierami o przygodach danego dnia, rowerach i pracy. Wpadam do Georga, który prawie zawsze ma pełne ręce roboty i ciekawą historię do opowiedzenia. Wracam do domu około dziewiątej. Zwykle zasypiam na kanapie próbując socjalizować się z moimi współlokatorami. Po tylu wyjeżdżonych milach po prostu padam. No ale przecież jestem kurierem więc to chyba normalne ;)

czwartek, 21 kwietnia 2016

tytułem wstępu

kurier rowerowy

Po polsku brzmi to po prostu fatalnie, ale tak to już jest z tym "polszczyskim"
"Cycle courier" brzmi ładniej, tudzież "messenger" - to już całkiem profesjonalnie.
Ale o co chodzi? Po co blog?
Chodzi o to że bycie kurierem jest nie tylko wykonywany zawód ale styl życia, pewnego rodzaju kultura a raczej subkultura. Jako, że mieszkam na wyspach w pięknym Londynie i większość z moich znajomych myśli, że od dawna nie żyje a mój fejsbuk sam się uaktualnia. Postanowiłam zacząć pisać bloga o swojej wspaniałej pracy - kulturze jaka się z nią wiąże oraz tak po prostu żeby wszyscy wiedzieli, że żyje i mam się lepiej niż "dobrze" :)
Jak to się wszystko zaczęło?
To był wrzesień. Wróciłam z urlopu w Polsce. Spotykałam się wtedy z niejakim Richardem zwanym również Rysiem. Strasznym leniem, które nade wszystko kochał palić trawe. Jako, że mieszkał za Londynem większość czasu spędzaliśmy u mnie. Ja w tamtym czasie mieszkałam w malutkim studio (było może 3 razy większe od festiwalowych toalet toi toi) na Cable street w dawnej fabryce czekolady. Miejsce magiczne i kultowe. Od razu powiem, za nim ktoś spyta - nie. nie mieszka tam Willy Wonka i nie, po kortarzach nie biegały naćpane kakaowcem śpiewające Umpa Lumpasy - a szkoda.
Było za to dużo muzyki śpiewanej przez hiszpanów i naćpani tańczący litwini.
Ale do rzeczy.
Wróciłam z urlopu i trzeba było szukać pracy. nie miałam internetu więc wyciągnełam Rysia który był już po drugim blancie, do kafejki internetowej.
Tam spotkał swojego kolegę - Macey. Wtedy nie miał jeszcze żadnych tatuaży , żółtego roweru i tylu ubrań Supreme. Macey przyszedł do kafejki szukać porady "co zrobić jeżeli wpadłem do kawnału z rowerem i telefonem" a dokładnie "czy telefon będzie działał". O ile pamiętam nie udało się nic z tym zrobić. Ale... on i Richard. Chwila rozmowy "o wow co tu robisz", "WOW moja dziewczyna mieszka na Cable!". Umówiliśmy się, że wpadniemy któregoś dnia do nich. Jana Mace'go widziałam kilka razy na korytarzach z jego dwoma innymi współlokatorami. Jeden - wysoki i przystojny o twarzy nastoletniego Hugh Granda a drugi - rudy, nigdy nie uśmiechnięty. Zawsze mieli ze sobą rowery. Warto dodać, że i ja już wtedy jeździłam. Zaczęłam od mojego pierwszego dnia w Londynie ale wtedy był to dla mnie po prostu darmowy transport do pracy. 
Udało mi się dostać pracę w małej kawiarni na magicznej Leather Lane. Wtedy nie miałam pojęcia jak bardzo pokocham tę ulicę...
Któregoś dnia Rysiek poszedł odwiedzić Mace'go i jego dwóch przyjaciół u nich w studio. Ja miałam dołączyć po swojej yodze Nie zdążyłam. Ryś przyszedł po mnie wcześniej i nie był sam. Był z nim wysoki młody Hugh Grand. Spojrzeliśmy na siebie i na pytanie Rysia czy się znamy, Adam (bo tak młody Hugh Grand ma naprawdę na imię) odpowiedział, że wiele razy się widzieliśmy.Poszliśmy po piwo do Sainsburego. ( jak ja kocham spalszczać tę nazwę).Ryś wszedł sam a my staliśmy czekając i rozmawiając i od razu ... jak byśmy się znali całe życie. W tamtej chwili bardzo chciałam żebyśmy zostali przyjaciółmi ale nie wiedziałam, że na dobrą sprawę Adam zmieni moją rzeczywistości całkowicie.
Rudy i mało uśmiechający się współlokator to Connor. Teraz uśmiecha się całkiem sporo bo od nie dawna ma dziewczynę i jest totalnie zakochany. 
Z Rysiem prędko zerwałam bo sama nie wiedziałam, czemu z nim byłam. 
Adam zaczął wpadać do mnie częściej i dużo opowiadał o swojej pracy jako kurier i o całym tak zwanym "mess life" (mess od messenger). Cholernie zaczęło mnie to intrygować. Któregoś dnia Adam powiedział, że skoro i tak pracuje na Leather Lane powinnam więc wpaść po 18 wieczorem w piątek bo wtedy zjeżdżają się wszyscy kurierzy, piją piwko rozmawiają i fajnie jest. JEST. ale wtedy też o tym nie wiedziałam.
Pamiętam swój pierwszy wieczór przy Full City. Miałam na sobie dżinsy i nowy płaszcz. Jeździłam starą ale piękną holenderką. Ciężką jak cholera. Wciąż ją mam i jakoś nie mam serca żeby ją sprzedać.
Za to kurierzy... wszyscy na fixach (ostrych kołach), ich rowery wyglądały na solidne, zadbane, brudne ale robiące wrażenie. A sami kurierzy? Jak 48 roninów na rowerach. Ubrane całe na czarno stado ninja pijące piwo.Większość z nich była wytatuowana lub wypircingowana. Ci goście byli dla mnie po prostu cool. Cholernie zapragnęłam być taka jak oni.
I tak to się zaczęło. piątki na Leather Lane z kurierami. Piwka, jazda i tatuaże. 
Zaprzyjaźniłam się też z Georgrem, właścicielem sklepu i serwisu rowerowego Full City.
Georg jest jednym z najlepszych mechaników chyba na całym świecie. Urodził się w Californi, jakiś czas mieszkał w Wietnamie. Lubię wyobrażać sobie małego Georga dłubjącego przy dziecięcym rowerku pod palmami na Wietnamskiej plaży. Obok rozbity młody kokos z którego mały Georg pije wodę. Wiem, że to robił  - pił wodę kokosową - nie wiem czy naprawiał innym dzieciom rowerki. Uwielbiam słuchać jego historii. ma ich strasznie dużo ponieważ , nie oszukujmy się - jest dość stary. Dla mnie starość zaczyna się po 50 a wiem, że Georg jest blisko 60. Czasem wpadam po pracy na Leather Lane i jak wszyscy się porozjeżdżają do domów ja wciąż siedzę w Full City, rozmawiamy z Georgem i słuchamy starych rock and rollowych kawałków. Ma dobry gust. Jak wszyscy amerykanie, których poznałam jak do tej pory. Poza tym widział Jimmiego Hendrixa na żywo. Więc wiecie - no musi być stary!
przed świętami straciłam pracę na Leather Lane, i tak jechałam do Polski więc było mi to obojętne. Po nowym roku znalazłam inną w kawiarni na Union Street, która jest miejscem docelowym wielu kurierskich dostaw. Jako że budynek był pełen różnych firm, kurierzy wciąż wpadali. znałam już wtedy większość z nich. Czasem wpadali specjalnie do mnie tak żeby pogadać, napić się kawy.  Ja bardzo im zazdrościłam pracy na dworze. Zaprzyjaźniłam się z Rosą, jedną z niewielu dziewczyn kurierek. Wpadała podładować telefon albo zjeść swój lunch jak było zbyt chłodno żeby jeść w parku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będziemy pracować w jednej firmie.
Powiedziałam Adamowi dla żartu, że jak stracę tę pracę to znak od boga że powinnam zostać kurierem. Adam stwierdził, że on i tak wie, że nim zostanę prędzej czy później. 
W między czasie on zaczął pracę dla nowej firmy Stuart. Miała być to super firma, która ma sporo zleceń od jedzenia przed dokumenty po wszelkiego rodzaju usługi. W realu okazało się, że głownie Adam jeździł z jedzeniem. Z restauracji do klienta. 
Mnie zaczął doskwierać brak kasy więc postanowiłam zostać "part time courier" dla deliveroo. ogromna firma, która zatrudnia każdego kto ma  rower. Zajmują się dostarczaniem tylko jedzenia. Wiem, że jest to jedna z największych firm tego rodzaju w Europie a może i dalej. 
Dostałam od nich wielkie pudło na plecy, za dużą kurtkę i kilka gadżetów. I tak o to zaczęłam prace jako prawie prawdziwy kurier.
Wspominam te dwa miesiące wybitnie dobrze. Adam nigdy nie miał zleceń więc jego życie ograniczało się do siedzenia w Pret a Manger na Soho lub Oxford Street. Po mojej zmianie, wpadałam do Preta na szybką kawkę by potem we dwoje pójść do naszego ulubionego pubu John Snow. Gdy mieliśmy mniej kasy, piliśmy piwko gdzieś w plenerze. 
W końcu na początku marca straciłam pracę w kawiarni co było mi nawet na rękę bo nie lubiłam tego miejsca poza tym tato wybierał się do mnie na tydzień więc super było mieć troszkę wolnego. 
Ale stało się, trzeba było dotrzymać obietnicy. i tak zostałam kurierem dla Green Courier/Churchill. Adam stwierdził, że wiedział, że to się stanie już od mojego pierwszego wieczoru na leather lane. W dniu kiedy dostałam tę pracę Adam rzucił Stuarta i powrócił do jednej z dużych kurierskich firm dla której już kiedyś pracował. Mój pierwszy poniedziałek opiliśmy trzema butelkami wina nad rzeką słuchając jazzu. Najbardziej cieszyło nas to, że żadne z nas nie musi więcej dostarczać nikomu chińszczyzny lub innego burgera.