sobota, 30 kwietnia 2016

grad, pot i ... łzy ?

Kiedy większość normalnych ludzi popija sobie poranną kawkę w ciepłym biurze na wygodnym miękkim krześle, my tymczasem nabijamy kolejny kilometr nie raz w deszczu, gradzie lub (nie daj boże) śniegu. Ale właśnie? Kto ma lepiej?
Postanowiłam zrobić małe zestawienie wad i zalet mojej pracy - co by każdy nie miał wątpliwości - w razie czego w co się pakuje. Gdyby naszła was chęć na przebranżowanie się ;)
Zacznę od wad, żeby tak nieco bardziej pozytywnym akcentem zakończyć.
Tak się składa, że kiedy to pisze mamy sobotę. Miniony tydzień nie był łatwy w kwestii pogody. Jak wiadomo mieszkam w Londynie. Tym, którzy nie znają wysp pewnie to miasto kojarzy się z nie ustającym deszczem i mgłą. Od razu zaznaczam, że nie jest tak źle. Nie jest tak, że tutaj pada non stop. Są całe tygodnie kiedy pogoda serio dopisuje i w wolnej chwili można się wylegiwać w parku na trawie a po pracy sączyć piwko w plenerze. Ale właśnie... gdy już pada.
Ja osobiście wyróżniam trzy stopnie deszczu. Gdy pracuje a właśnie leje wygląda to mniej więcej tak:
pierwsza godzina opadów: jadę bez kurtki. Mam bluzę z kapturem. Wszystko jest jeszcze w miarę suche. Zawsze mam makijaż, w pierwszej godzinie deszczu, makijaż jest jeszcze na właściwym miejscu.  Myślę sobie "zaraz przestanie". Nie będę tracić cennych minut na zakładanie kurtki tylko po to żeby zaraz ją ściągnąć. Jestem lekko podirytowana i w głowie nucę sobie piosenkę "why is it always rain on me".
Druga godzina opadów: bluza jest przemoczona. Zakładam kurtkę. Jestem zła, że wciąż pada ale wszystko pod kurtką jest wciąż suche. Buty też. Makijaż spływa ale jak tylko jestem w jakiejś windzie szybko go naprawiam. Ludzie w loading bay i recepcjach zagadują, że musi być mi ciężko jeździć w taką pogodę. Jestem uprzejma, uśmiecham się i rzucam "taka praca". W głowie myślę sobie "no ku*wa może się zamienimy". Modlę się żeby Jay nie wysyłał mi kolejnych zleceń ale spadają na mnie intensywnie jak ten deszcz.
Trzecia godzina opadów: jestem totalnie wku*wiona. Nie ma na mnie już nic suchego. Jednocześnie jest mi kompletnie obojętne czy będę miała więcej zleceń. I tak już bardziej nie zmoknę. Makijaż całkowicie spłyną więc wyglądam jak Courtney Love wracająca z imprezy. Gdy ktoś w recepcji zagaduje o pogodę staram się być miła ale mój ton nie brzmi zbyt uprzejmie. Mam ochotę na kawę, ciepłego croissanta. Tęsknie za swoją białą kanapą i kocykiem. Opony ślizgają mi się na jakiś dziwnych cegłach przy More London gdzie mam pick up. Upadam prosto na kolana i prawie ryczę z bólu. Siodełko mi się przekręca a ja cholera nie mam odpowiedniego klucza żeby go przekręcić z powrotem. Wpadam na Adama, wiem, że ma ten klucz. Przynajmniej tyle. Następnego ranka gdy pada, Adam wysyła mi sms'a "postaraj się dziś nie przewrócić".
Pogoda. Czasem totalna wada naszej pracy. A deszcz to jeszcze nic przy zamieci gradowej, która złapała mnie wczoraj przy pałacu Buckingham. Myślałam, żeby zadzwonić do biura i powiedzieć, że źle się czuje jadę do domu. Ale jestem nowa, jestem kobietą. Ciągle chce udowadniać sobie i inny, że jestem silna.
Gdy jeździsz w deszczu czy nie, czasem musisz iść do łazienki i z tym też nie jest łatwo. W niektórych biurach łazienki są na korytarzach, więc łatwo się szybko wślizgnąć za nim wyjedziesz na drogę. Mam nawet swoje regularne łazienki, które odwiedzam np. w biurze wizowym przy Queen Victoria Street. Jednak czasem to nie jest takie proste i wtedy szukasz pubu albo kawiarni. Najlepiej iść do pubu, szczególnie Wetherspoons bo one zwykle są duże i mają pełno ludzi, nikt nie zauważa przemykającego, ubranego na czarno kuriera, nawet jeżeli jej radio nadaje jak szalone.
Czasem trzeba zejść do łazienki po schodach w dół. Tam radio nie odbiera. Wychodzisz potem z powrotem na zewnątrz i słyszysz jak Jay ryczy "129 !!!! DLACZEGO NIE ODPOWIADASZ JAK CIĘ WOŁAM". Raz byłam zdenerwowana więc wrzasnęłam: "BO BYŁAM W ŁAZIENCE". Jay nie spodziewał się takiej szczerości.  Adam natomiast opowiadał mi ostatnio o jakimś kurierze, który był w loading bay tego znanego budynku, który wygląda jak ogórek zresztą nazywa się "the Gerkin". Koleś podobno wysikał się w jakimś koncie w ich loading bay  bo myślał, że nikt nie patrzy ale jednak... ktoś patrzył i do dziś nasz bohater ma tam zakaz wstępu. Zdziwiło mnie to bardzo, nawet nie fakt, że koleś wysikał się w loading bay... bardziej to że przy samym "ogórku" jest starbucks, Eat, jakiś pub i Costa. Mnóstwo muszli do sikania.
Kolejna sprawa związana z łazienką, która dotyczy chyba bardziej kobiet to problem dużej torby. W sensie... wiece jak małe są czasem te pomieszczenia z ubikacją? To wyobraź sobie że masz na plecach wielką kurierską nie raz wypchaną torbę. Za nim w ogóle wejdziesz do tej ubikacji i przekręcisz się żeby skorzystać mija sporo czasu. Serio to jest tragedia. Jeszcze nie raz strącisz jakieś mydełko albo odświeżacz powietrza. Taak.. kwestia łazienki to zdecydowanie wada.
Dla niektórych najistotniejszą wadą tej pracy są pieniądze a raczej ich brak. Wierzcie mi, nie ma czegoś takiego jak bogaty kurier. Chyba, że mieszkasz z rodzicami, którzy płacą za wszystko łącznie z twoim rachunkiem za telefon. Znam takiego. Ale poza nim to serio, nie jest łatwo. W większości firmach płacą tygodniowo. Dostajesz tyle ile wyjeździsz ale nie kilometrów, mili czy godzin. Dostajesz tyle ile zleceń wykonasz. Wiem, że można zrobić 500 funtów na tydzień ale trzeba być super szybkim i mieć dość dobrą minimalną stawkę za tak zwany "docket". U mnie w firmie mamy tak zwane "guarantee" czyli jeżeli tydzień był słaby i było mało zleceń ja i tak otrzymam jakąś tam umówioną stawkę.
Kurierzy nie mają ubezpieczeń na rower, płatnych urlopów czy L4. Nie pracujesz - nie zarabiasz. Dlatego związek do którego należy większość z nas bardzo aktywnie walczy o te wszystkie rzeczy. Ja do końca nie rozumiem co tam się dzieje. Na ostatnim spotkaniu sporo było mowy o sądzie i płatnych urlopach ale mój angielski nie jest na tyle dobry, żeby zrozumieć całą tą prawniczą gadkę. Zapytałam Adama o co mniej więcej chodzi ale on stwierdził, że praktycznie też nic nie zrozumiał. A wiecie...Adam urodził się tutaj...
Zdecydowana wada dla niektórych to przewożenie ciężkich paczek. Nie zdarza się to często ale jednak. Ja tego nie lubię bo zwyczajnie jadę wtedy znacznie wolnej. A przecież w tej pracy chodzi o to żeby być szybkim. Adam mówi, że on to lubi wozić ciężkie pudełka bo wtedy czuje się jak prawdziwy kurier. Ja jak kurier czuje się kiedy nim jeszcze wejdę do jakiegoś ekskluzywnego biura, ochroniarz kiwa na mnie przez szybę, ze mam kierować się w drugą stronę szukać post room'u.
Kolejną rzeczą to zmęczenie i kolana. Kolana bolą mnie nawet teraz kiedy to pisze. Słyszałam, że za kilka miesięcy może przestanie, jestem więc dobrej myśli. Jeżeli nie jesteś odporny na fizyczne wykończenie to ta praca jest zdecydowanie nie dla ciebie. A tak właściwie to wyobrażacie sobie, że jakaś babeczka na recepcji zapytała mnie ostatnio kiedy mam czas na siłownię skoro tyle jeżdżę? SERIO? Spojrzałam na  na nią jak na kretynkę i odpowiedziałam, że nie lubię pocić się w miejscu publicznym.
Najbardziej znaczącą wadą, którą jedni mogą traktować jako zaletę jest niebezpieczeństwo. Naprawdę... jest jak pisze  Emily Chappel w swojej książce o byciu lodyńskim kurierem "what comes around" - "jesteśmy szaleni żeby tu być ale wybraliśmy to".
Nasz zawód jest podobno na liście najbardziej niebezpiecznych zawodów. Na tej samej są górnicy a ja jestem ze Śląska i byłam na kopalni sporo razy. Uważam, że to lekka przesada bo kiedy oni smażą się pod ziemią kopiąc i skubiąc w skałach ja z uśmiechem pokonuje ulicę. Ale istnieje ryzyko. I to duże. W jednym z dokumentów o kurierach jaki oglądałam, ktoś powiedział "jeżeli nie miałeś wypadku to znaczy, że nie jeździłeś wystarczająco dużo".
Sporo zależy od nas samych. Ja staram się aż tak nie narażać. Nie przeskakuje wszystkich możliwych świateł, nie słucham muzyki przez słuchawki no i mam hamulce. Nie którzy moi przyjaciele na fixach nie mają żadnego hamulca. Ciągle powtarzam Adamowi, że stanie się coś złego jeżeli nie będzie miał chociaż przedniego. Ale on jako 21 letni dzieciak, który lubi się popisać nie słucha i uważa, że używając tak zwanego "skida" (techniki, która polega na hamowaniu używając siły mięśni nóg) jest w stanie zatrzymać się w sekundę. Nie jest. Ale to ich wybór.
Ale nawet ja miewam sytuacje, że myślę sobie "uff było blisko". Jednak nie noszę kasku. Wiecie ... on strasznie psuje fryzurę ;)
Dla mnie to ryzyko jest jednak też zaletą. Lubie czuć adrenalinę. Wtedy serio czuje, że żyje. Jadąc przez te wąskie pełne aut, autobusów i pieszych ulice kocham to wszystko szybko omijać czując, że jestem milimetry od możliwej kraksy.
Ogromną zaletą jest to, że jesteś tylko ty i rower. No i radio ale zawsze możesz je wyciszyć. Nie ma, kogoś kto cię poprawia albo zwraca uwagę, że czegoś tam nie zrobiłeś albo o czymś zapomniałeś. Jak jesteś w nastroju to ucinasz sobie pogawędki w biurach, dowcipkujesz i jesteś duszą towarzystwa. Jak nie masz ochoty to po prostu milczysz i jadąc rozmyślasz nad kwestią istnienia.
Nawet jak masz kaca i chcesz umrzeć to jeździsz i nim się obejrzysz już czujesz się dobrze. Gdy nie masz zlecenia możesz siedzieć sam na ławce w parku zjadając swój lunch obserwując wiewiórki albo możesz wpaść do Full City gdzie Georg zabawi rozmową, naciągnie twój łańcuch. Zawsze znajdzie się tam jakiś inny kurier więc od razu robi się wesoło.
Inni kurierzy... to jak rodzina. Przyjaciele, którzy wiedzą co czujesz. Możesz mieć podły dzień w pracy. Same długie dystanse. Padasz na twarz. Ale jedziesz na Leather Lane i wiesz, że oni rozumieją. Zawsze znajdzie się ktoś kto miał dziś gorzej. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postawi ci piwo lub kilka jak jesteś spłukany do piątku. Ktoś da ci kanapkę z greggs'a lub EAT jak umierasz z głodu. Ktoś zawsze posłuży ci radą jak błądzisz na ulicy i nie możesz znaleźć jakiegoś numeru. Oni są zawsze dookoła. Jak pada i leje już tak trzecią godzinę to widok znajomej uśmiechniętej twarzy z drugiej strony ulicy zawsze rozjaśnia ci dzień. Jest jak w piosence The Beatles " With a little help from my friends". Dosłownie.
Dla mnie samej ogromną zaletą jest po prostu bycie na dworze. Jako kurier mam okazje widzieć jak budzi się do życia przyroda. Widziałam jak kwitną piękne magnolie w świetle poranku i zachodu słońca. W pochmurny dzień jadąc przez most Blackfriars widzisz jak promienie słońca padają tylko na kopułę katedry św. Pawła. Jadąc przez Hyde Park czujesz zapach świeżo skoszonej trawy. Widzisz jak słońce i obłoki odbijają się od szklanych ścian budynku Shard'a. Widzisz całe, galowo ubrane wojska. Od tych znanych w czerwonych mundurkach z czarnymi wielkimi czapami po jakiś dziwacznych z innych krajów w dzwońastych spodniach i niebieskich kubraczkach. Widzisz finezyjnie ubranych ludzi w białej karecie jak z kopciuszka ciągniętej przez dwa piękne konie. Znacie te żywe posągi? Tych ludzi, którzy malują się cali na złoto lub zakładają strój mistrza Yody i siadają na dziwnej konstrukcji, która potem ma wyglądać że niby unoszą się w powietrzu. Z samego rana na Trafalgar Square widzisz jak się przygotowują. Obserwujesz te wszystkie korpo szczury, które w drogich marynarkach pędzą z metra do biura gdzie spędzą resztę dnia. Czujesz zapach pięknych żółto-czerownych kwiatów, które nie dawno posadzili przy pałacu Buckingham. Otacza cię to wszystko, to wszystko jest twoim biurem, całe miasto z jego przygodami i wiesz, że nic cię w tym momencie w życiu nie omija. Może i jesteś spłukany, zmęczony i szukasz knajpy żeby skorzystać z łazienki ale jesteś szczęśliwy. Cholernie szczęśliwy.

1 komentarz:

  1. Piękna końcówka posta:) Trafiłem na tego bloga "przez przypadek" (z facebooka), chociaż nie ma przypadków;)
    Ja pracowałem w Londynie kilka miesięcy jako kierowca vana, ale niedawno wróciłem do Polski;) a początkowo myślałem o kurierach rowerowych;)
    Dzięki za ciekawe opowieści o kurierach rowerowych:)
    Powodzenia w londyńskim rowerowaniu! Wszystkiego dobrego!:)

    OdpowiedzUsuń